
Garth uśmiechnął się do niej.
— Dobre, prawda? Nie sądzę, żeby Dorrel je docenił. Wyłudziłem kilkanaście butelek od pewnego obleśnego, starego rybaka. Znalazł je we wraku statku; nie wiedział, co wpadło mu w ręce, a jego żona nie chciała trzymać tego wina w domu. Dałem mu w zamian parę błyskotek — kilka metalowych paciorków, które zabrałem dla siostry.
— A co dostanie twoja siostra? — zagadnęła Maris między jednym łykiem a drugim.
Garth wzruszył ramionami.
— Ona? Przecież to i tak miała być niespodzianka. Przywiozę jej coś z Poweet, gdy będę tam następnym razem. Jakieś malowane jajka.
— Chyba że w drodze powrotnej przehandluje je na coś innego — zauważył Dorrel. — Garth, jeśli twoja siostra kiedykolwiek otrzyma niespodziewany upominek, będzie tak wstrząśnięta, że nawet nie odczuje przyjemności. Jesteś urodzonym handlowcem. Myślę, że gdyby trafiła ci się korzystna transakcja, sprzedałbyś nawet swoje skrzydła.
Garth prychnął z oburzeniem.
— Lepiej, żebyś nie kłapał tym dziobem, ptaszku — odparł i zwrócił się do Maris. — Jak się miewa twój brat? Wcale go nie widuję.
Maris pociągnęła następny łyczek. Starała się za wszelką cenę opanować drżenie rąk.
— W przyszłym tygodniu osiągnie stosowny wiek — powiedziała ostrożnie. — Wówczas skrzydła staną się jego własnością. Nie wiem, co porabia. Może nie przepada za twoim towarzystwem.
— A dlaczegóż to? — zapytał Garth urażonym tonem.
Maris machnęła ręką i zmusiła się do uśmiechu. Chciała, żeby jej zachowanie wypadło naturalnie.
— Ja nawet go lubię — ciągnął Garth. — Wszyscy go lubimy, prawda, Dorrel? Jest młody, spokojny, może trochę za bardzo ostrożny, ale na pewno zrobi postępy. Jest jakiś inny. Ach, jakież on potrafi opowiadać historie! A jak śpiewa! Lądowcy pokochają widok jego skrzydeł. — Garth pokręcił głową z zadziwieniem. — Skąd on zna wszystkie te opowieści i piosenki? Widziałem więcej świata niż on, a jednak…
