— On je wymyśla — przerwała mu Maris.

— Sam? — Garth był wyraźnie poruszony. — Wobec tego będzie naszym śpiewakiem. W następnym turnieju odbierzemy Wschodowi pierwszą nagrodę. Zachód zawsze ma najlepszych lotników — dorzucił, powodowany lojalnością — lecz nasi śpiewacy nigdy nie zasługiwali na miano najlepszych.

— Podczas ostatniego spotkania śpiewałem dla Zachodu — zaprotestował Dorrel.

— No właśnie.

— Za to ty wyjesz jak kot morski.

— Tak — rzekł Garth — ale przynajmniej nie mam złudzeń co do swoich zdolności.

Maris nie dosłyszała odpowiedzi Dorrela. Przestała zwracać uwagę na rozmowę mężczyzn i w zamyśleniu obserwowała płomienie, tuląc jeszcze ciepłe naczynie. Tutaj, w Orlim Gnieździe, odczuwała spokój, którego nie mogła zakłócić nawet wzmianka Gartha o Collu. I, co dziwne, w tym miejscu było jej naprawdę wygodnie. Na skale lotników nikt nie mieszkał, lecz czuła się tu jak w domu, w swoim własnym domu. Nie potrafiła sobie wyobrazić, że już nigdy do niego nie zawita.

Przypomniała sobie, jak to było, kiedy po raz pierwszy ujrzała Orle Gniazdo. Zjawiła się w bazie ponad sześć lat temu, w dzień po osiągnięciu wieku uprawniającego do latania. Była wówczas trzynastoletnią dziewczynką, dumną z tego, że samodzielnie przeleciała tak duży dystans, ale też wystraszoną i nieśmiałą. W bazie zobaczyła kilkunastu lotników, którzy siedzieli wokół kominka, śmiali się i pili. Na moment przerwali huczną biesiadę i uśmiechnęli się do niej. Garth był wtedy cichym młodzieńcem, a Dorrel — chuderlawym, niewiele od niej starszym chłopakiem. Nie znała żadnego z nich, lecz jeden z uczestników imprezy, Helmer, lotnik w średnim wieku, pochodzący z wyspy, która znajdowała się blisko ojczyzny Maris, przedstawił towarzystwo. Wciąż jeszcze pamiętała twarze i imiona: rudowłosą Anni z Culhall, Fostera, który później przytył tak bardzo, że nie mógł latać, Jamisa Seniora, a nade wszystko lotnika przezywanego Krukiem, butnego młodzieńca, który nosił czarne futro i metalowe ozdoby i zdobył dla Wschodu nagrody w trzech konkursach pod rząd. Maris poznała jeszcze wychudzoną blondynkę z Wysp Zewnętrznych. Przyjęcie odbywało się na jej cześć; rzadko zdarzało się, żeby w te strony zapuszczał się ktoś z tak daleka.



17 из 386