
Głos Dorrela sprawił, że otrząsnęła się ze wspomnień.
— Maris — odezwał się — hej, nie zasypiaj tu nam.
Maris odstawiła pustą czarkę, lecz nadal dotykała jej szorstkiej, kamiennej powierzchni, chcąc zachować resztki ciepła. Wreszcie z wysiłkiem odsunęła rękę i podniosła sweter.
— Jeszcze nie wysechł — zaprotestował Garth.
— Zimno ci? — spytał Dorrel.
— Nie. Muszę wracać.
— Jesteś zbyt zmęczona — odparł Dorrel. — Zostań na noc.
Maris unikała jego wzroku.
— Nie mogę. Będą się o mnie niepokoić.
Dorrel westchnął.
— W takim razie weź suche ubranie. — Wstał, przeszedł na koniec wspólnego pokoju i otworzył drzwiczki drewnianej, rzeźbionej szafy. — Chodź tu i wybierz sobie coś odpowiedniego.
Maris nie ruszyła się z miejsca.
— Lepiej, żebym miała własne rzeczy. Przecież już tu nie wrócę.
Dorrel po cichu zaklął.
— Maris, nie utrudniaj — wiesz, o czym myślę — no, chodź, weź to ubranie. Przecież wiesz, że możesz je nosić bez przeszkód. Zostaw swoje w zamian, jeśli chcesz. Nie wypuszczę cię w mokrych rzeczach.
— Przepraszam — odparła Maris.
