Rokrocznie kilkunastu lotników spadało wraz ze swoimi skrzydłami. Tonęli na skutek źle prowadzonego lotu; nieostrożnie muskając wodę, narażali się na ataki scylli o długich szyjach; bywało, że metalowe części skrzydeł przyciągały piorun. Tak, lotnik mógł ponieść śmierć z różnych powodów. Maris podejrzewała, że większość z nich po prostu gubiła się i nie mogąc trafić do miejsca przeznaczenia, leciała na oślep, aż w końcu spadała na skutek śmiertelnego wyczerpania. Być może nieliczni lotnicy spotykali się z najrzadszym i wzbudzającym największy strach zagrożeniem — bezwietrzną pogodą. Teraz jednak Maris uświadamiała sobie, że to właśnie Kruk, błyskotliwy, narwany lotnik był najbardziej prawdopodobną ofiarą podniebnych ewolucji.

Głos Dorrela sprawił, że otrząsnęła się ze wspomnień.

— Maris — odezwał się — hej, nie zasypiaj tu nam.

Maris odstawiła pustą czarkę, lecz nadal dotykała jej szorstkiej, kamiennej powierzchni, chcąc zachować resztki ciepła. Wreszcie z wysiłkiem odsunęła rękę i podniosła sweter.

— Jeszcze nie wysechł — zaprotestował Garth.

— Zimno ci? — spytał Dorrel.

— Nie. Muszę wracać.

— Jesteś zbyt zmęczona — odparł Dorrel. — Zostań na noc.

Maris unikała jego wzroku.

— Nie mogę. Będą się o mnie niepokoić.

Dorrel westchnął.

— W takim razie weź suche ubranie. — Wstał, przeszedł na koniec wspólnego pokoju i otworzył drzwiczki drewnianej, rzeźbionej szafy. — Chodź tu i wybierz sobie coś odpowiedniego.

Maris nie ruszyła się z miejsca.

— Lepiej, żebym miała własne rzeczy. Przecież już tu nie wrócę.

Dorrel po cichu zaklął.

— Maris, nie utrudniaj — wiesz, o czym myślę — no, chodź, weź to ubranie. Przecież wiesz, że możesz je nosić bez przeszkód. Zostaw swoje w zamian, jeśli chcesz. Nie wypuszczę cię w mokrych rzeczach.

— Przepraszam — odparła Maris.



20 из 386