
Jęknęła, pośpiesznie wstała i zajęła się rozpinaniem pasków. Wiedziała, że podczas lądowania nie wykazała należytej koncentracji. Światło przybliżało się do niej.
— A więc jednak zdecydowałaś się wrócić — oznajmił czyjś chrapliwy, gniewny głos. To był Russ, jej ojciec, przybrany ojciec. Podszedł do niej, trzymając latarnię w zdrowej ręce. Prawa ręka była od dawna martwa i bezużyteczna.
— Najpierw zatrzymałam się w Orlim Gnieździe — broniła się. — Chyba nie martwiliście się o mnie?
— To Coll miał polecieć, nie ty — odparł, zaciskając szczęki.
— On spał — powiedziała Maris. — Za długo marudził. Wiedziałam, że przegapi najlepsze wiatry burzowe. Co najwyżej złapałby deszcz, a dotarcie na miejsce zajęłoby mu całą wieczność. Jeśli w ogóle zdołałby tam dolecieć. Jeszcze nie radzi sobie dobrze w deszczu.
— W takim razie musi pracować nad sobą. Nadszedł czas, żeby chłopak zaczął się uczyć na własnych błędach. Byłaś jego nauczycielką, ale skrzydła będą należały do niego. To on jest lotnikiem, a nie ty.
Maris skrzywiła się, jakby ktoś ją uderzył. W ten sposób przemawiał do niej człowiek, który nauczył ją latać i sprawiał wrażenie takiego dumnego z niej i z jej wspaniałej intuicji przestrzennej. Wiele razy mówił, że chociaż nie łączy ją z nim pokrewieństwo, to jednak skrzydła powinny należeć do niej. Wraz ze swoją żoną adoptował ją, gdy wydawało się, że nie będzie miał potomka, który odziedziczyłby po nim skrzydła. Uległ poważnemu wypadkowi i musiał znaleźć następcę — skoro nie mogły o tym decydować więzy krwi, postanowił przekazać skrzydła komuś, kogo pokochał. Jego żona nie chciała zgłębiać sztuki latania. Przeżyła trzydzieści pięć lat jako lądowiec i nie zamierzała zeskakiwać z żadnych skał, nawet gdyby przypięto jej skrzydła. Poza tym w jej przypadku na naukę było za późno. Dlatego Russ zaadoptował, uczył i pokochał Maris-Maris, córkę rybaka, która zawsze wolała obserwować niebo ze skały lotników, niż bawić się z dziećmi.
