
I wtedy, całkiem nieoczekiwanie i wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, narodził się Coll. Jego matka zmarła po drugim i skomplikowanym porodzie. Maris sama była wtedy jeszcze dzieckiem. Pamiętała, że tamtej nocy mnóstwo ludzi biegało tam i z powrotem, a potem jej ojczym samotnie płakał w kącie. Ale Coll nie umarł. Maris nagle przypadła w udziale rola matki. Opiekowała się braciszkiem i bardzo go kochała. Z początku nie spodziewano się, że niemowlę pożyje długo. Maris była szczęśliwa, gdy okazało się, że malcowi nie zagraża żadne niebezpieczeństwo; przez trzy lata kochała go jak brata i syna i przez cały ten czas ćwiczyła loty pod czujnym okiem ojca.
Jednak pewnego wieczoru na plaży ojciec powiedział Maris, że Coll, malutki Coll, musi dostać jej skrzydła.
— On nigdy nie będzie tak dobrym lotnikiem jak ja — odparła drżącym głosem.
— Nie twierdzę, że będzie. Ale to nie robi różnicy. On jest z mojej krwi.
— To niesprawiedliwe! — zawołała, dając upust żalowi, który gromadził się w niej od dnia, w którym stała się pełnoletnia. Coll wyrósł na silnego, zdrowego chłopca; wciąż był za mały, aby móc unieść skrzydła, ale i tak miały się stać jego własnością w dniu osiągnięcia odpowiedniego wieku. Maris nie mogła sobie do nich rościć żadnych pretensji. Takie było prawo lotników; stosowali je już gwiezdni żeglarze, którzy, według legendy, wykuli dla siebie skrzydła. Pierworodne dziecko w każdej latającej rodzinie dostawało w spadku skrzydła rodzica. Umiejętności nie Uczyły się wcale. Najważniejsze było prawo dziedziczenia, a Maris pochodziła z rodziny rybaków, którzy mogli jej zostawić co najwyżej resztki wraku drewnianej łódki.
— Sprawiedliwe czy nie, takie jest prawo, Maris. Znasz je od dawna, nawet jeśli postanowiłaś je ignorować. Przez lata bawiłaś się w bycie lotnikiem, a ja ci na to pozwalałem, ponieważ kochałaś latanie, Coll zaś potrzebował utalentowanego nauczyciela, a także dlatego, że ta wyspa jest zbyt duża, by jej los zależał tylko od dwóch lotników. Ale cały czas wiedziałaś, że ten dzień nadejdzie.
