— Tak, Maris — rzekł. Nie mógł objąć córki ramieniem: zawadzały mu skrzydła. — Jestem bezradny. Tak przedstawia się sytuacja. Musisz się nauczyć żyć bez skrzydeł, tak jak ja. Przynajmniej mogłaś się nimi cieszyć przez pewien czas — wiesz, co się czuje latając.

— To nie wystarczy! — odparła przez łzy. — Kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką, jeszcze nie twoją dziewczynką, ot, po prostu obcym dzieckiem, a ty należałeś do najwspanialszych lotników Amberly, sądziłam, że takie doświadczenie zadowoliłoby mnie. Obserwowałam ciebie i innych ze skały i myślałam sobie — gdybym mogła mieć skrzydła, choćby przez chwilę, wystarczyłoby mi to na całe życie. Ale nie wystarczy, nie wystarczy. Nie mogę z nich zrezygnować.

Z twarzy jej ojca zniknęła cała surowość. Delikatnie dotknął policzków córki i otarł jej łzy.

— Może masz rację — wyrzekł powoli. — Może to nie było właściwe postępowanie. Myślałem, że jeśli dam ci skrzydła choćby na krótko, będzie to lepsze niż nic i potraktujesz moje przyzwolenie jak wspaniały prezent. Ale prezent nie okazał się świetny, prawda? Teraz już nigdy nie zaznasz szczęścia. Nigdy nie staniesz się prawdziwym lądowcem, gdyż latałaś, i zawsze będziesz się czuła więźniem. — Nagle przerwał i Maris uświadomiła sobie, że mówił również o sobie Pomógł jej odpiąć i złożyć skrzydła i razem poszli do domu.

Mieszkali w skromnej drewnianej chatynce, otoczonej drzewami i trawnikiem. Na tyłach płynął strumyk. Lotników było stać na wygodne życie. W drzwiach Russ powiedział dobranoc i udał się po schodach na górę wraz ze skrzydłami. „Czy naprawdę stracił całą wiarę? Co ja narobiłam?", dręczyła się Maris. Czuła, że za chwilę znowu wybuchnie płaczem.

Zamiast się rozpłakać, poszła do kuchni, odszukała ser, zimne mięso, zrobiła herbatę i zabrała to wszystko do jadalni. Na środku stołu znajdowała się świeca piaskowa w kształcie miseczki. Maris zapaliła ją i jedząc obserwowała tańczący płomyk.



27 из 386