
Pomyślała z wściekłością, że mógłby być życzliwszy. Przecież musiał wiedzieć, co dla niej oznacza rezygnacja z podniebnych ewolucji.
— Teraz chodź ze mną — powiedział. — Nie będziesz już latała.
Maris wciąż miała rozwinięte skrzydła; zdążyła odpiąć zaledwie jeden pasek.
— Ucieknę — odparła gniewnie. — Już nigdy mnie nie zobaczysz. Udam się na jakąś wyspę, która nie ma żadnego lotnika. Powitają mnie z zadowoleniem i nie będą pytali, jak zdobyłam skrzydła.
— Nigdy — rzekł ze smutkiem jej ojciec. — Inni lotnicy unikaliby tej wyspy, tak jak robili to, gdy szalony zwierzchnik Kennehut zarządził egzekucję Lotnika-Który-Przyniósł-Złe-Wieści. Bez względu na to, dokąd byś się udała, zostałabyś pozbawiona skradzionych skrzydeł. Żaden zwierzchnik nie zdecydowałby się na ryzyko przyjęcia cię na swoją wyspę.
— Wobec tego połamię je! — zawołała Maris. Była bliska histerii. — On również nie będzie latał; na pewno nie częściej niż… niż…
Russ upuścił latarnię; światło zgasło, a szklany klosz potłukł się o skałę. Maris poczuła na rękach uścisk rąk ojca.
— Nie mogłabyś, nawet gdybyś chciała. I nie zrobiłabyś tego Collowi. Ale teraz daj mi te skrzydła.
— Nie zrobiłabym…
— Nie wiem, czego byś nie zrobiła. Myślałem, że dziś rano wyleciałaś po to, żeby się zabić podczas burzy. Znam te uczucia, Maris. Właśnie dlatego byłem taki przerażony i wściekły. Nie możesz obwiniać Colla.
— Nie obwiniam go. I nie zabroniłabym mu latać. Ale sama tak strasznie chcę latać… Ojcze, proszę. — W ciemności pozwoliła łzom popłynąć i przysunęła się do ojca, pragnąc jego pociechy.
