
— Chodź, dziecino — rzekła. — Nie trać czasu.
Na plaży panował mrok i chłód, spotęgowany wiejącym z zachodu zimnym wiatrem. Po mokrym piasku grasowały już ze cztery osoby; wgłębienia po ich buciorach szybko wypełniała woda. Od czasu do czasu ten i ów nachylał się i uważnie coś oglądał. Jeden z poszukiwaczy miał przy sobie latarnię.
Dawniej, kiedy jeszcze żył ojciec, jego żona i córka posiadały dobrą latarnię, lecz później musiały ją sprzedać. Matka często się na to uskarżała. Nie widziała w nocy tak dobrze, jak jej dziecko; czasami potykała się w ciemnościach i nieraz omijała przedmioty, które powinna była zauważyć.
Jak zwykle, poszukiwaczki rozdzieliły się. Dziecko udało się plażą na północ, podczas gdy matka przeszukiwała stronę południową.
— Zawróć o świcie — powiedziała matka. — Masz w domu robotę. Po wschodzie słońca nic nie zostanie.
Dziecko kiwnęło głową i pobiegło na poszukiwania.
Tej nocy połów okazał się nędzny. Dziewczynka długo kroczyła wzdłuż brzegu ze wzrokiem utkwionym w ziemi. Lubiła znajdować przedmioty. Gdyby wróciła do domu z kawałkiem metalu albo zębem scylli, długim jak jej ramię, wygiętym, żółtym i straszliwym, matka zapewne uśmiechnęłaby się do niej i pochwaliła, że jest bardzo dobrą dziewczynką. Nie zdarzało się to jednak zbyt często. Zazwyczaj matka karciła ją za roztargnienie i zadawanie głupich pytań.
Kiedy pierwsze blade promienie świtu zaczęły pochłaniać gwiazdy, dziewczynka przekonała się, że ma w kieszeniach tylko dwa kawałki mlecznego szkła morskiego i mięczaka. Mięczak był duży i ciężki; z trudem mieścił się w dłoni, a szorstka, żwirowata skorupa wskazywała, że jest to gatunek najlepiej nadający się do jedzenia; jego czarne mięso przypominało w smaku masło. Niestety, udało jej się znaleźć tylko tego jednego mięczaka. Poza tym fale wyrzuciły na brzeg jedynie bezwartościowe kawałki drewna.
