
– Do zobaczenia na miejscu, Ignacio – powiedział Bosch.
– Harry – odrzekł Ferras. – Prosiłem cię. Mów mi Iggy. Wszyscy mnie tak nazywają.
Bosch zbył uwagę milczeniem. Nie chciał mu mówić Iggy. Nie sądził, aby to imię brzmiało stosownie do rangi ich zadań i misji. Wolał, by jego partner sam doszedł do tego wniosku i przestał go poprawiać.
Przypomniawszy sobie o czymś, Bosch polecił Ferrasowi wpaść po drodze do Parker Center i wziąć przydzielony im samochód. Wiedział, że to opóźni jego przyjazd o kilka minut, ale Bosch zamierzał dotrzeć na miejsce własnym samochodem, a miał już prawie pusto w baku.
– Dobra, do zobaczenia – zakończył Bosch, dając spokój imionom.
Odłożył słuchawkę, po czym wyciągnął płaszcz z szafy przy drzwiach wejściowych. Nakładając go, zerknął na swoje odbicie w lustrze na wewnętrznej stronie skrzydła drzwi. Mimo swoich pięćdziesięciu sześciu lat był szczupły i wysportowany, mógłby nawet przytyć parę kilogramów, podczas gdy innym detektywom w jego wieku rosły już brzuszki. W specjalnej sekcji zabójstw pracowała para detektywów, których z powodu coraz okrągłej szych sylwetek nazywano Crate i Barrel
Siwizna nie objęła jeszcze niepodzielnego panowania nad jego ciemną czupryną, choć była na dobrej drodze do zwycięstwa. W bystrych brązowych oczach malowała się gotowość sprostania wyzwaniu, jakie czekało go w punkcie widokowym. Bosch napotkał w lustrze wzrok gliniarza od zabójstw w pełni świadomego charakteru swojej pracy – który wiedział, że gdy wyjdzie z domu, będzie chciał i potrafił doprowadzić rzecz do końca, bez względu na konsekwencje. Na ten widok poczuł się, jak gdyby był kuloodporny.
