
— Pfuj! — mówił Thurston. — Cóż za zapach!
Pierwsza klatka zawierała pierwszą zdobycz, zwierzę wyposażone w czułki i w kleszcze jak u kraba. W następnej klatce znajdowała się istota latająca, zaopatrzona w trzy pary skrzydeł pokrytych łuskami. W ostatniej coś, co można by nazwać wężem, gdyby nie to, że miało dwie głowy, po jednej z każdej strony. W klatkach znajdowały się poza tym miseczki z mlekiem, kawałkami mięsa, jarzyny, trawa i łupiny — lecz wszystko to było nietknięte.
— Nic nie chcą jeść — stwierdził Dailey ze smutkiem.
— Z pewnością są chore — zapewniał Thurston. Mogą rozsiewać bakterie. Powinniśmy się ich pozbyć, Ed! Dailey ze złością spojrzał na przyjaciela.
— Czy nigdy nie marzyłeś o sławie, Tom?
— Hę?
— Tak, o sławie. O tym, że twoje nazwisko może być znane potomnym.
— Nigdy nie myślałem o czymś takim.
— Nigdy?
Thurston głupio się uśmiechnął.
— Ba! Któż nigdy nie marzył o sławie…? Ale do czego zmierzasz?
— Te stworzenia — cierpliwie wyjaśniał Dailey — są unikatami. Ofiarujemy je do muzeum.
— Ach! — krzyknął Thurston.
— Wystawa Daileya i Thurstona… Wystawa istot nie znanych aż po dzień dzisiejszy…
— Może nadadzą im nasze imiona — ożywił się Thurston. — Ostatecznie to myśmy je odkryli.
— Będą musieli to zrobić. I nasze imiona przejdą do potomności, obok imion Linneusza, Darwina i Kolumba.
— Hm! — chrząknął Thurston, zatopiony w myślach. Pewnie masz rację. Zajęłoby się tym Muzeum Historii Naturalnej. Zorganizują wystawę…
— Myślałem nie tylko o wystawie… Myślałem raczęj o całym oddziale muzeum… oddział Daileya i Thurstona. Thurston patrzył na przyjaciela ze zdumieniem. W tym Daileyu tkwiły głębie, których nigdy by nie podejrzewał. — Ed, ale my dysponujemy tylko trzema okazami. A trzema okazami nie zapełnimy całego oddziału…
