
Clyde Manship w tej chwili słuchał — czy raczej odbierał — tak intensywnie, że jego półkule mózgowe zdawały się trzeć jedna o drugą. Bardzo, ale to bardzo interesował go obiekt astronomiczny 649-301-3 i wszystko, co ułatwiało lub utrudniało podróż do niego, choćby zastosowany środek transportu był według ziemskich ocen nie wiadomo jak egzotyczny.
— A ten powód jest oczywiście — ciągnął młody podróżnik — wyłącznie praktyczny. Zwyrodnienie umysłu. Stare, poczciwe zwyrodnienie umysłu. Przez dwieście lat rozwiązywania problemów podróży kosmicznych tego jednego nikt, nawet powierzchownie, nie pmbffnął. Wystarczy polecieć nędzne dwadzieścia lat świetlnych od naszej rodzinnej planety, a zwyrodnienie umysłu rozwija się gwałtownie. Najbardziej inteligentna załoga zaczyna zachowywać się jak grupa niedorozwiniętych dzieci i jeśli natychmiast nie zawrócą, ich umysły gasną jak u tylu już znakomitości podróżniczych, którym mózgi skurczyły się niemal do zera.
„Nic dziwnego — stwierdził podniecony Manship — nic dziwnego”. Gatunek telepatów w rodzaju flefnobów… ależ oczywiście! Od wczesnego dzieciństwa przyzwyczajone do ciągłego odbierania aury myśli wszystkich przedstawicieli gatunku, całkowicie uzależnione od telepatii jako środka komunikacji, bo przecież nigdy nie było potrzeby rozwijania innych środków. Jakąż samotność, samotność do której potęgi musiały odczuwać, gdy tylko ich statki oddaliły się od rodzinnej planety na tyle, że kontakt został zerwany!
A ich obecna edukacja… Manship mógł jedynie zgadywać, jak wyglądał system oświaty u tak różnych od siebie istot, ale na pewno musiało to być coś w rodzaju intensywnej i nieustannej myślowej osmozy, wzajemnego przekazywania myśli. Niezależnie od metod ich system edukacyjny widocznie podkreślał zaangażowanie jednostek w wysiłek grupy. Gdy tylko poczucie wspólnoty zmniejszało się w wyniku jakiejś przeszkody lub wszechogarniającej przestrzeni kosmicznej, psychiczne załamanie flefnoba było nieuniknione.
