
— Jeśli o mnie chodzi — Glomgowy syn-podróżnik wywodził; najwyraźniej kłótnia trwała cały czas, a warstwa papieru w niczym nie przeszkadzała „słuchowi” Manshipa — to albo te potwory zabieram, albo zostawiam w spokoju. Ale oczywiście, kiedy są tak beznadziejnie ohydne jak ten, raczej zostawiam je w spokoju. Ale co to ja chciałem… nie to, że boję się wchodzić w dziedziny nieskończoności, jak mój tato, ale z drugiej strony, nie chce mi się wierzyć, profesorze Lirld, że to, co pan robi, przyniesie jakieś poważne efekty.
— Zamilkł na chwilę, po czym ciągnął dalej. — Ufam, że nie uraziło to pana, ale szczerze jestem o tym przekonany. Jestem flefnobem praktycznym i wierzę w rzeczy o zastosowaniu praktycznym.
— Jak możesz mówić: niepoważne efekty? — Mimo usprawiedliwień Rabda, telepatyczny „głos” profesora rejestrowany w mózgu Manshipa, wezbrał oburzeniem. — Jak to, przecież w tej chwili najważniejszym celem nauki flefno-bów jest umożliwienie podróży do zewnętrznych rejonów Galaktyki, gdzie odległości międzygwiezdne są kolosalne w porównaniu do gęstości gwiazd tutaj, w centrum. Możemy do woli podróżować między pięćdziesięcioma czterema planetami naszego układu, a ostatnio udały się loty do kilku sąsiednich gwiazd, ale dotarcie chociaż do średnio odległych rejonów Galaktyki, skąd pochodzi ten okaz, pozostaje dziś zamierzeniem równie fantastycznym, co przed rozpoczęciem lotów pozaatmosferycznych dwa wieki temu.
— Zgadza się! — przerwał mu Rabd ostro. — A dlaczego? Dlatego, że nie mamy statków mogących pokonać tę odległość? Na pański semble-swol, profesorze, nie! Przecież od momentu wynalezienia napędu Bulvonna każdy statek floty wojennej czy handlowej, z moim trzysilnikowym mikrusem włącznie, może skoczyć do tego obiektu 649-301-3 na przykład i przylecieć z powrotem, nawet nie przegrzewając sobie silników. Ale nie lecimy. Z bardzo prostego powodu.
