Na ile Manship mógł stwierdzić, wszystkie oczy całej trójki były wpatrzone w niego. Zadrżał i starał się choć trochę wtulić głowę w ramiona.

— No i cóż, profesorze — zapytał ktoś niespodziewanie — co pan na to?

— Śmiem twierdzić, że diablo mi się nie podoba ten sposób budzenia — Manship wybuchnął potokiem słów. Już miał mówić dalej i rozwinąć ten temat, dorzucając kilka barwnych epitetów, gdy nagle uświadomił sobie dwie rzeczy, które go powstrzymały.

Pierwszą był problem, kto zadał to pytanie. Nie widział żadnego innego człowieka — właściwie to żadnej istoty żyjącej; poza tymi trzema pełnymi masek walizkami nie było nikogo w tej ogromnej, wilgotnej sali.

Drugim powodem, dla którego przerwał, było to, że ktoś inny zaczął w tej chwili odpowiadać, wchodząc Manshipo-wi w słowo i ignorując go zupełnie.

— Hm — mówił ten ktoś — eksperyment najzupełniej się udał. W zupełności usprawiedliwia on koszta i długie lata badań, które nań poświęcono. Sam pan widzi, radco Glomg, że jednostronna teleportacja jest faktem dokonanym.

Manship zauważył, że głosy dobiegają doń z prawej strony. Szersza z dwóch walizek — widocznie „profesor”, do którego było zaadresowane to pytanie — mówiła do węższej, której większość badylowatych oczu przesunęła się od Manshipa i spoglądała na swego towarzysza. Tylko skąd, u licha, wydobywały się te głosy? Gdzieś z wnętrza ich ciał? Nigdzie nie było śladu żadnego aparatu głosowego.

I DLACZEGO — nagle coś aż krzyknęło w mózgu Manshipa — MÓWIĄ W MOIM JĘZYKU!?

— To widzę — przyznał radca Glomg z uczciwością podszytą tępotą, która doń pasowała. — Może to i jest fakt dokonany, profesorze Lirld. Tylko czego on właściwie dokonał?

Lirld uniósł jakieś trzydzieści do czterdziestu macek w górę gestem, który zafascynowany Manship rozpoznał jako uprzejme, choć niecierpliwe wzruszenie ramion.



3 из 35