
– Byleby wsadzić kij w mrowisko – odparłem. Tydzień w tydzień Derry typował konie w wyważonych, nie budzących kontrowersji artykułach, mnie natomiast niezmiennie przypadały w udziale zaczepki i sianie fermentu. A to dlatego, jak wciąż zaznaczał, że ja miałem szersze bary.
Okazało się, że kolejnych ośmiu moich korespondentów jest z grubsza tego samego zdania co pierwszy. Żaden z nich, oczywiście, się nie podpisał. Wyrzucając ich wypociny do kosza pomyślałem sobie, że są w gorszej sytuacji niż ja.
– Jak żona? – spytał Derry.
– Dziękuję, dobrze.
Skinął głową nie patrząc na mnie. Do tej pory nie pozbył się skrępowania w związku z Elżbietą. Niektórzy tak właśnie reagowali.
Sądząc z urywanych pomruków Jana Łukasza, jego rozmowa przez telefon dobiegała końca.
– Jasne… jasne. Przetelefonuj to nie później niż o szóstej – powiedział i, odłożywszy słuchawkę, skupił uwagę na liście, który otrzymałem z „Lakmusa”, prześlizgując się po nim wzrokiem z zawodową wprawą. – Pogłębione studium… Ależ te zjadliwe pisemka lubują się w tym wyrażeniu. Chcesz się tym zająć? – spytał.
– Jeżeli dobrze zapłacą.
– Zdawało mi się, że robisz teraz za murzyna i spisujesz autobiografię Bustera Figga.
– Utknąłem na rozdziale szóstym. Figg wybył na wyspy Bahama i nie zostawił mi żadnych materiałów.
– Też mi postać godna upamiętnienia. Dokąd doszedłeś? – spytał szczerze zainteresowany.
– Do końca praktyki dżokejskiej i pierwszego zwycięstwa w gonitwie klasycznej.
– To się sprzeda?
– Nie wiem – odparłem z westchnieniem. – Interesują go wyłącznie pieniądze. Z niektórych gonitw nie pamięta nic, prócz wysokości wypłat. Obstawiał ich tysiące. W dodatku upiera się, żebym wspomniał o jego największych zakładach. Mówi, że teraz kiedy przeszedł na emeryturę, nie mogą mu już odebrać licencji dżokeja.
Jan Łukasz prychnął pogardliwie i, zastanawiając się nad listem z „Lakmusa”, zaczął pocierać obsianą piegami dłonią wydatne ścięgna na suchej szyi i masować jabłko Adama wielkości orzecha włoskiego, spuszczając jednocześnie na oczy ciężkie powieki. Mój kontrakt z „Famą” zawierał zastrzeżenie: książki proszę bardzo, ale żeby napisać artykuł dla innej gazety lub czasopisma, musiałem otrzymać od Jana Łukasza pozwolenie, którego przeważnie nie dostawałem.
