
Derry zepchnął mnie ze swojego krzesła i sam na nim usiadł. Ponieważ w redakcji spędzałem jedynie piątki, biurko mi nie przysługiwało, więc przywłaszczałem sobie to należące do młodszego kolegi, ilekroć nie patrzył. W trzech górnych szufladach biurka Derry’ego mieściła się obszerna biblioteczka informatorów wyścigowych, a w dolnej piersiówka z wódką, dwieście proszków pobudzających i katalog filmów pornograficznych. Wszystko to jednak służyło wyłącznie za atrapy. Przedmioty te charakteryzowały paskudę, za jakiego Derry chciał uchodzić, a nie praworządnego, wstrzemięźliwego mieszczucha, jakim był w rzeczywistości.
Przysiadłem z boku na blacie jego biurka i zlustrowałem poranny piątkowy rozgardiasz panujący na ćwierćakrowej powierzchni zastawionej maszynami do pisania i telefonami, dzwoniącymi coraz częściej, bo to przecież niedziela za pasem. We wtorki redakcja świeciła pustkami, za to w soboty brzęczało w niej jak w ulu. W piątki czułem, że tu przynależę. W soboty chodziłem na wyścigi. Niedziele i poniedziałki oficjalnie miałem wolne. Od wtorku do czwartku wymyślałem jakiś elektryzujący temat na artykuł i pisałem go. W piątek dostarczałem artykuł Janowi Łukaszowi, a potem naczelnemu do przeczytania i ewentualnie naniesienia poprawek.
Efekt: tysiąc słów tygodniowo, stos obelżywych listów i czek na okrągłą sumkę, która jednak nie pokrywała moich wydatków.
– Który z was zajmie się Pucharem Latarnika, ty, czy Derry? – spytał Jan Łukasz.
– Ja – wtrącił bez namysłu Derry, nie czekając wcale na moją odpowiedź.
– Zgadzasz się, Ty? – spytał z powątpiewaniem Jan Łukasz.
