– Jak najbardziej – odparłem. – Ta gonitwa to skomplikowany handicap. W sam raz dla niego.

Jan Łukasz zacisnął wąskie usta, po czym przemówił z niezwykłą jak na niego wielkodusznością.

– Z „Lakmusa” piszą, że potrzebny im jest artykuł oparty na wywiadzie środowiskowym, a nie na poufnych informacjach… Nie widzę przeszkód, chcesz, to pisz.

Z rozmachem napisał u dołu kartki „zgoda”, uzupełniając to podpisem.

– Ale jeżeli odkryjesz jakieś szwindle, zachowaj to oczywiście dla nas – dodał.

Widzicie go, jaki wielkoduszny, pomyślałem z gorzką ironią. Jan Łukasz całym sercem oddany był „Famie” i podejmując decyzje kierował się nieodmiennie prostym kryterium, mianowicie: „Czy przyniesie to gazecie jakikolwiek pożytek?” Każdy z pracowników działu sportowego przynajmniej raz padł ofiarą jego bezlitosnej gorliwości. Przepadłe wakacje, nie odbyte ważne spotkania, stracone okazje – wszystko to miał sobie za nic.

– Jasne – odparłem bez entuzjazmu. – Dzięki.

– Jak tam żona? – spytał.

– Dziękuję, dobrze.

Nie zdarzył się jeszcze taki tydzień, żeby o nią nie spytał. Stać go było na drobne uprzejmości, jeżeli nie obciążało to konta „Famy”. Możliwe, że jej los naprawdę nie był mu obojętny. Możliwe też, że interesował się nią tylko dlatego, że gdy nie czuła się „dobrze”, odbijało się to na mojej pracy.

Sięgnąłem po telefon Derry’ego i wykręciłem numer.

– Magazyn „Lakmus”, czym mogę służyć? – zapytał dziewczęcy głos, układny, kulturalny i znudzony.

– Chciałbym mówić z panem Arnoldem Shankertonem.

– A kto dzwoni?

– James Tyrone.

– Chwileczkę. – Po kilku trzaskach znów zapadła cisza.

– Proszę mówić.

Równie układny tenorowy głos o pedantycznej wymowie przedstawił się jako należący do Arnolda Shankertona z działu specjalnego. Podziękowałem mu za list i wyraziłem chęć przyjęcia jego zamówienia. Odparł z powściągliwym zadowoleniem, że bardzo się cieszy.



4 из 224