
– Pogłębione – powiedział z sarkazmem. – Przywykłeś nurkować na samo dno, więc będziesz się czuł jak ryba w wodzie.
– Owszem – przytaknąłem z roztargnieniem. Zastanawiałem się, na czym właściwie ma polegać ta głębia, za którą płacą mi sto pięćdziesiąt gwinei.
Nie zastanawiając się długo podjąłem decyzję, że w tym przypadku stanowić ją będą nie gwiazdy, a ludzie pozostający za kulisami wyścigów konnych.
Gwiazdy co tydzień monopolizowały nagłówki gazet. Dla dziennikarzy żądnych sensacji ludzie zza kulis to żaden temat. Przynajmniej raz mogłem więc odwrócić sytuację.
Zdarzyło mi się już parę razy, że raptowne decyzje przysporzyły mi kłopotów. To mnie jednak nie zniechęciło. Jak się później okazało, ta decyzja przysporzyła mi o wiele więcej kłopotów, niż poprzednie.
Derry, Jan Łukasz i ja skończyliśmy pracę tuż po pierwszej i poszliśmy naszą ulicą w gęstym kapuśniaczku, z zamiarem wciśnięcia się do zatłoczonego pubu „Devéreux”, który mieścił się w Devereux Court naprzeciwko sądów.
Zastaliśmy tam Berta Checkova, który parząc sobie palce zapałkami, usiłował zapalić starą cuchnącą fajkę. Zdefasonowana marynarka, opinająca jego masywne kształty, była jak zwykle oproszona popiołem, a noski butów zdarte i szare. Załzawione niebieskie oczy miał zaszklone bardziej niż normalnie o wpół do drugiej, kiedy go tu spotykaliśmy. Szacowałem, że przekroczył swoją miarę o godzinę. A więc wcześnie zaczął.
Jan Łukasz zagadał do niego, na co spojrzał błędnym wzrokiem. Derry kupił nam po małym piwie i grzecznie zaproponował jedno Bertowi, choć go nie lubił.
– Dużą szkocką – wymamrotał Bert.
Słysząc to Derry zachmurzył się, bo pomyślał o swoich długach hipotecznych.
– Jak leci? – spytałem, wiedząc, że również popełniam błąd, gdyż narzekaniom Berta nie było końca.
Jednakże przynajmniej raz ich potok został powstrzymany. Załzawione spojrzenie skupiło się na mnie z wysiłkiem i kolejna zapałka zaskwierczała mu na skórze. Zupełnie jakby tego nie czuł.
