– Dam czi rhadę – powiedział i na tym skończył. Rada pozostała mu w głowie.

– Jaką?

– Dam czi rhadę – powtórzył, kiwając uroczyście głową. Jan Łukasz podniósł wzrok na sufit demonstrując irytację, która nie była prawdziwa, bo starych dziennikarzy, takich jak Bert, darzył nieograniczonym szacunkiem, którego nie podmyłaby nawet rzeka alkoholu.

– Niechże więc pan udzieli mu tej rady – przypomniał Bertowi. – Na pewno mu się przyda.

Spojrzenie Berta przesunęło się chwiejnie za mnie na mojego szefa. Z ust dobyło mu się niekontrolowane czknie cie. Blady Derry skrzywił się z niesmakiem, co nie uszło uwagi Berta. To ci dopiero wesoły lunch, pomyślałem. Ale myliłem się sądząc, że jest to piątek jak każdy inny. Niespełna godzina dzieliła Berta od śmierci.

Siedzieliśmy we trzech, Jan Łukasz, Derry i ja, na stołkach przy okrągłym barze, jedząc mięso na zimno z marynowaną cebulą, a Bert kołysał się na stojąco za naszymi plecami, ziejąc nam w karki dymem z fajki i oparami whisky. Zamiast normalnego, bezładnego potoku biadoleń, do którego przywykliśmy, docierała do nas jedynie seria pomruków – dźwiękowe znaki przestankowe utajonych myśli.

Coś go gryzło. Nie interesowało mnie to na tyle, żeby dowiedzieć się co. Dość miałem własnych zgryzot.

Jan Łukasz obdarzył go litościwym spojrzeniem i kolejną whisky, która napłynęła do jasnoniebieskich oczu Berta wielką falą, powodując zwężenie się źrenic do wielkości łebka szpilki i nadając jego twarzy wyraz kompletnego ogłupienia.

– Odprowadzę go do jego redakcji – zaproponowałem bez żadnych wstępów. – Jeżeli pójdzie sam, wpadnie pod autobus.

– Dobrze by mu to zrobiło – szepnął Derry, ale tak cicho, żeby nie usłyszał tego Jan Łukasz.

Na zakończenie uraczyliśmy się jeszcze serem pod drugie małe piwo. Bert zachwiał się, rozlewając moje piwo na nogawkę spodni Derry’ego i dywan. Dywan nasiąknął nim z całym spokojem, czego nie można było powiedzieć o Derrym. Jan Łukasz wzruszył z rezygnacją ramionami, śmiejąc się półgębkiem, a ja wypiłem jednym haustem to, co mi zostało w kuflu i, przebijając się przez tłum gości, wyprowadziłem Berta na ulicę.



7 из 224