
Alvin oparł się na krześle i zamknął oczy.
— Uśpiłem cię czy myślisz? — zapytał Verily.
— Myślę, że właściwie nie mam bladego pojęcia, do czego się biorę — odparł Alvin, nie otwierając oczu. — Biały Morderca Harrison był może najohydniejszym człowiekiem, jakiego poznałem, ale przynajmniej umiał zbudować miasto na pustkowiu.
— Łatwo jest zbudować miasto, jeśli tak ustalisz zasady, by źli ludzie się bogacili i nikt nie karał ich za występki. W takie miejsce sama chciwość ściągnie ci mieszkańców, jeśli tylko zdołasz żyć obok nich.
— Coś takiego powinno się też udać z przyzwoitymi ludźmi.
— Powinno i udało się.
— Gdzie? — dopytywał się Mike Fink. — Nigdy nie słyszałem o takim mieście.
— To przynajmniej setka miast — wyjaśnił Verily. — Mówię o Nowej Anglii, oczywiście. A szczególnie o Massachusetts. Założonym przez purytanów, by stało się ich Syjonem, krainą czystej religii za oceanem na zachodzie. Przez całe życie, dorastając w Anglii, słyszałem opowieści o tym, jak doskonała jest Nowa Anglia, jak czysta i pobożna, że nie ma tam bogatych ni biednych, ale wszyscy korzystają z darów Niebios i ludzie wolni są od pokus świata. Żyją w pokoju i równości, w krainie najsprawiedliwszej ze wszystkich, które istniały na ziemi Pana naszego. Alvin pokręcił głową.
— Verily, jeśli Arthur nie może odwiedzić Camelotu, mogę się założyć, że tak samo ja i ty nie powinniśmy się wybierać do Nowej Anglii.
— Tam nie ma niewolnictwa.
— Wiesz, o co mi chodzi. Tam wieszają za czary.
— Nie jestem czarownikiem. Ty też nie.
