
— Według nich jesteśmy.
— Tylko jeśli będziemy robili jakieś heksy albo wykorzystywali ukrytą moc — tłumaczył Verily. — Z pewnością zdołamy się powstrzymać na czas potrzebny, by odkryć, w jaki sposób stworzyli tak wielki kraj wolny od waśni i ucisku, wypełniony miłością bożą.
— Niebezpiecznie — uznał Alvin.
— Zgoda! — zawołał Mike. — Musielibyśmy zwariować, żeby tam jechać. Czy nie stamtąd przybył ten adwokat, Daniel Webster? On wie o tobie, Alvinie.
— Jest teraz w Carthage City i zarabia pieniądze na ludziach zepsutych — przypomniał Alvin.
— Tak było, kiedy ostatnio o nim słyszeliśmy. Ale może pisać listy. Może się wybrać do domu. Coś może się nam nie udać.
Arthur Stuart spojrzał na Mike'a.
— Coś może się nie udać, nawet kiedy leżysz we własnym łóżku w niedzielę. W końcu Alvin uniósł powieki.
— Muszę się uczyć — rzekł. — Verily ma rację. Nie wystarczy nauczyć się Stwarzania. Muszę poznać też sztukę rządzenia, budowy miast i całą resztę. Muszę nauczyć się wszystkiego o wszystkim, a im dłużej tu siedzę, tym bardziej zostaję z tyłu.
Arthur Stuart zrobił smętną minę.
— Czyli nie zobaczę króla…
— Jeśli o mnie chodzi — pocieszył go Mike — to ty jesteś prawdziwym Arthurem Stuartem i masz takie samo prawo jak on, żeby być królem na tej ziemi.
— Chciałem, żeby pasował mnie na rycerza.
Alvin westchnął. Mike przewrócił oczami. Verily poklepał chłopca po ramieniu.
— Dzień, kiedy król nobilituje chłopca mieszanej krwi…
— A mógłby pasować tylko moją białą połowę? — zapytał Arthur Stuart. — Jakbym tak dokonał mężnego czynu? Słyszałem, że właśnie wtedy zostaje się rycerzem.
— Stanowczo pora już ruszać do Nowej Anglii — stwierdził Alvin.
— Mówię ci, że mam złe przeczucia — upierał się Mike Fink.
— Ja też — przyznał Alvin. — Ale Verily ma rację. Stworzyli dobry kraj i ciągną tam dobrzy ludzie.
