
— Wołasz gęsi? — Z kieszeni kurtki wyciągnął drewniany wabik. — Ja wołam gęsi też. Ale kiedy to słyszą, myślą: Sacre Dieu! Ta gęś umiera! Odlatujmy stąd! I odlatują.
Arthur Stuart podszedł bliżej. Zamiast odpowiedzieć, zaczął wydawać dziwne dźwięki z krtani i przez nos. Nie było to typowe przywoływanie gęsi — nikt nie zwróciłby na ten głos uwagi. Nie było to nawet naśladownictwo gęsiego krzyku. A jednak było coś… gęsiego w tym bełkocie, który wydobywał się chłopcu z ust. Zresztą wcale niegłośno. Po chwili ptaki wróciły, ślizgając się nad powierzchnią wody.
Audubon uniósł strzelbę do ramienia. Arthur natychmiast zmienił głos, gęsi odfrunęły od brzegu i wylądowały daleko na wodzie.
Rozczarowany Audubon spojrzał gniewnie na Alvina i Arthura.
— Kiedy to obraziłem ciebie albo kalafiorowatą twarz twojej brzydkiej matki? Która z paskudnych, śmierdzących filadelfijskich prostytutek była twoją siostrą? A może to le bon Dieu uraziłem? Notre Pere Celeste, za co muszę tak pokutować?
— Nie sprowadzę tutaj gęsi, jeśli chce je pan tylko zastrzelić — oświadczył Arthur.
— A na co mi one, jak nie zastrzelę ani jednej?
— Pan nie chce jej jeść. Chce ją pan tylko namalować. Czyli nie musi być martwa.
— Jak mogę malować ptaka, kiedy on nie stoi w jednym miejscu! — krzyknął Audubon. I nagle coś sobie uświadomił. — Wiecie, jak się nazywam. Wiecie, że maluję. Ale ja was nie znam.
— Jestem Alvin Smith, a to mój podopieczny Arthur Stuart.
— Podpieczony? Jaki to niewolnik?
— Podopieczny. Nie jest niewolnikiem. Ale jest pod moją opieką.
— A kto mną się zaopiekuje i przed wami dwoma obroni? Dlaczego nie możecie być zwykłymi złodziejami, co to zabiorą moje pieniądze i uciekną?
— Arthur ma do was pytanie.
— Oto moja odpowiedź: odejdźcie! Departez!
— A gdybym nakłonił tę gęś, żeby stała przed panem nieruchomo, bez zabijania? — zaproponował Arthur.
