
Audubon miał już odpowiedzieć coś ostro, kiedy wreszcie zdał sobie sprawę, co właściwie obserwował przed chwilą: widział, jak Arthur przywołuje gęsi.
— Jesteś, jak to u was mówią, osobą z talentem? Wołaczem gęsiów?
— Gęsi — poprawił uprzejmie Alvin. Arthur pokręcił głową.
— Po prostu lubię ptaki.
— Ja też lubię ptaki — odparł Audubon. — Ale one jakoś nie czują do mnie sympatii.
Bo je pan zabija, a nawet nie jest pan głodny — wyjaśnił chłopiec.
Malarz przyjrzał mu się skonsternowany. W końcu podjął decyzję.
— Możesz zrobić, żeby gęś stała tu nieruchomo?
— Mogę ją poprosić. Ale musi pan odłożyć strzelbę. Audubon natychmiast oparł broń o drzewo.
— I rozładować.
— Myślisz, że złamię obietnicę?
— Niczego pan nie obiecał.
— No dobrze! jęknął Audubon. — Przyrzekam na grób mojej matki.
— Co pan przyrzeka? — zapytał podejrzliwie Arthur.
— Przyrzekam, że żadnego strzelania do gęsi! Pas de strzelanie do gęsi!
— Nawet z padu, cokolwiek to znaczy. Żadnego strzelania do żadnych ptaków, przez cały dzień — upierał się Arthur.
— Nie „padu”, niedouczony chłopczyku. J'ai dit „pas de „. Rien! Żadnego strzelania do gęsi, tak powiedziałem. — I dodał pod nosem: — Tous les sauvages du monde sont ici aujourd'hui.
Alvin zachichotał.
— I strzelania do dzikusów także nie, jeśli wam to nie przeszkadza. Audubon spojrzał na niego zły i zakłopotany.
— Parlezvous francais?
— Je ne parle pas francais — odparł Alvin, przypominając sobie to zdanie z kilku ciężkich lekcji, jakich udzieliła mu Margaret, nim zrezygnowała z nauczenia go jakiegokolwiek języka poza angielskim. Wcześniej porzuciła już łacinę i grekę. Z wypowiedzi Francuza zrozumiał jednak słowo sauvage, gdyż słyszał je często we francuskim forcie Detroit, kiedy jako chłopiec przebywał tam z Ta-Kumsawem.
