
Alvin uśmiechnął się lekko.
— Sam jestem czeladnikiem, ale moje dzieła przetrwają długo.
— Nie chciałem urazić — zapewnił szybko mężczyzna. Stracił jednak zainteresowanie. Jeśli Alvin był zaledwie czeladnikiem w swym fachu, na pewno nie miał dość pieniędzy, by cokolwiek kupić. Poza tym wędrownemu rzemieślnikowi na nic się nie przyda wypchany ptak.
— Czyli prace tego Francuza wycenia pan taniej? Wypychacz ptaków się zawahał.
— Drożej — przyznał.
— Cena spada, kiedy chodzi o dzieło mistrza? — zdziwił się Alvin z niewinną miną. Wypychacz zwierząt spojrzał gniewnie.
— Jego prace sprzedaję komisowe i to on ustala cenę. Wątpię, czy ktoś je kupi. Ale on uważa się za artystę. Wypycha i ustawia ptaki, żeby je malować. Kiedy już skończy, samego ptaka sprzedaje.
— Lepiej by porozmawiał z ptakami, zamiast zabijać — wtrącił Arthur Stuart. — Stałyby nieruchomo, żeby mógł je malować. Stałyby dla człowieka, co widzi ptaki tak wyraźnie.
Wypychacz przyjrzał się chłopcu z dziwną miną.
— Pozwalasz chłopakowi mówić nieco zuchwale — zauważył.
— W Filadelfii, jak sądziłem, ludzie mogą mówić wprost — odparł Alvin z uśmiechem.
Wypychacz zwierząt zrozumiał w końcu, jak bardzo Alvin z niego drwi.
— Nie jestem kwakrem, dobry człowieku, i ty też nie — rzekł.
Po czym wrócił do sklepu. Przez szybę Alvin widział, jak od czasu do czasu zerka na nich z ukosa.
— Chodźmy, Arthurze Stuart, mamy się spotkać z Verilym i Mikiem na obiedzie. Arthur zrobił jeden krok… ale wciąż nie mógł oderwać wzroku od ptaka na gałęzi.
— Chodźmy, Arthurze, zanim on wyjdzie i każe nam odejść sprzed sklepu. Nawet po tym ostrzeżeniu musiał w końcu chwycić chłopca za rękę i niemal siłą odciągnąć od wystawy. Kiedy szli, Arthur był wyraźnie zamyślony.
— Nad czym się tak zastanawiasz? — spytał Alvin.
— Chcę porozmawiać z tym Francuzem. Muszę mu zadać jedno pytanie.
