
— Możemy sobie odpocząć od tej całej filozofii? — zaproponował Alvin. — Dostałem list od Margaret. — Był jedynym, który zwracał się do żony pełnym imieniem; wszyscy inni nazywali ją Peggy. — Z Camelotu.
— Nie jest już w Appalachee? — spytał Mike Fink.
— Cała agitacja za utrzymaniem niewolnictwa w Appalachee dociera z kolonii Korony. Dlatego Margaret tam właśnie wyruszyła.
— Po mojemu król raczej nie pozwoli, żeby Appalachee zakazało niewolnictwa — stwierdził Mike.
— Zdawało mi się, że ta wielka wojna w ubiegłym stuleciu ostatecznie przypieczętowała niezależność Appalachee — przypomniał Verily.
— A teraz pewno niektórzy potrzebują następnej, żeby ustalić, czy Czarni mogą być wolni — odparł Alvin. — Dlatego Margaret jest w Camelocie. Ma nadzieję uzyskać audiencję u króla i przemówić w sprawie pokoju i wolności.
— Jedyny czas, kiedy naród cieszy się jednym i drugim — oświadczył Verily — to krótki okres radosnego wyczerpania po wygranej wojnie.
Ponury chłop z ciebie jak na kogoś, kto jeszcze nikogo nie zabił — ocenił Mike.
— Jakby panna Larner chciała porozmawiać z Arthurem Stuartem, to czekam tutaj — wtrącił z uśmiechem Arthur.
Mike Fink demonstracyjnie klepnął go po głowie. Arthur parsknął śmiechem — ostatnio był to jego ulubiony żart; wykorzystywał fakt, że otrzymał to samo imię co król Anglii władający na uchodźstwie w niewolniczych hrabstwach Południa.
— Ma też powody, by wierzyć, że jest tam mój młodszy brat — dodał Alvin.
Na tę wieść Verily spuścił głowę i gniewnie zaczął się bawić resztkami jedzenia na talerzu, a Mike Fink wbił wzrok w przestrzeń. Obaj mieli wyrobioną opinię na temat brata Alvina.
— I właściwie sam nie wiem… — dokończył Alvin.
— Czego nie wiesz? — zapytał Verily.
— Czy pojechać tam i dołączyć do niej. Ona nie chce, oczywiście, bo się jej wydaje, że kiedy Calvin i ja się zejdziemy, ja umrę.
