
Wrzucił, więc szczoteczkę do kieszeni, wygramolił się przez okno i ruszył najbliższą ulicą. Szedł tak długo, aż skrył się za jakimś niskim budynkiem. Rozejrzał się za autobusami. Nie było żadnych. Za taksówkami. Znów bez powodzenia. Wystawił do góry kciuk, obliczając, że ma dziesięć minut na znalezienie łaskawego kierowcy, bo kiedy przeszukają motel, bez gadania zaczną krążyć po mieście.
ZABÓJCÓW było troje: dwóch mężczyzn i kobieta. Zespół profesjonalistów z innego stanu, z siedzibą w Los Angeles, a skontaktować się z nimi można było przez pośrednika w Dallas. Mokrą robotą zajmowali się już od dziesięciu lat i znali dobrze swój fach.
Podróżowali zawsze oddzielnie. Jedno z nich jechało samochodem, dwoje leciało, ale zawsze różnymi trasami. Samochód prowadził jeden z mężczyzn. Wynajęli go, jak zwykle, w LAX – głównym lotnisku Los Angeles, ze względu na największy przepływ klientów na świecie. Prawo jazdy oraz karta kredytowa potrzebne do wypożyczenia wozu były prawdziwe, wydane legalnie w jakimś odległym stanie na nazwisko fikcyjnej osoby. Kierowca przystanął na chodniku, a następnie wmieszał się w tłum pasażerów, zdążających po odbiór swoich bagaży, by stać się tylko jedną z setek twarzy. Był niewielkiego wzrostu, miał ciemne włosy, niczym nie zwracał na siebie uwagi, ciągnął torbę na kółkach, taką samą jak wszyscy.
