Na pobliskiej kanapie znalazł „L.A. Timesa” i przeczytał datę. 12 października 1988 roku. Żadnego skoku w czasie. Minął dzień od chwili, gdy ostatni raz wystąpił przed kamerami, a Marylin wysłała go do szpitala.

Przyszło mu coś do głowy. Przejrzał gazetę, znalazł dział ogłoszeń. Ostatnio co wieczór występował w „Persian Room” hotelu Hollywood Hilton — faktycznie, produkował się tam od trzech tygodni, oczywiście, we wtorki trochę krócej ze względu na show.

Reklamy, jaką hotel zamieszczał na tej stronie przez trzy ostatnie tygodnie, nie było. Oszołomiony pomyślał, że może przeniesiono ją na inną stronę. Dokładnie przejrzał ten dział gazety. Reklama za reklamą, ale ani śladu jego nazwiska. A przecież jego twarz pojawiała się wśród informacji o spektaklach od przeszło dziesięciu lat bez przerwy.

Spróbuję jeszcze raz, postanowił. Zadzwonię do Mory’ego Manna.

Znalazł portfel i zaczął szukać kawałka papieru, na którym miał zapisany telefon producenta.

Portfel był bardzo cienki. Zniknęły wszystkie świadectwa tożsamości. Dokumenty pozwalające mu pozostać przy życiu. Przepustki, dzięki którym mógł przechodzić przez zapory policyjne i wojskowe, nie dając się zastrzelić ani wtrącić do obozu pracy.

Nie przeżyję nawet dwóch godzin bez moich zaświadczeń, powiedział sobie Jason. Nie odważę się wyjść z tego nędznego hoteliku na ulicę. Pomyślą, że jestem studentem albo nauczycielem zbiegłym z jakiegoś kampusu. Resztę życia spędzę jako ciężko pracujący fzycznie niewolnik. Jestem człowiekiem bez osobowości prawnej.

A zatem moim najważniejszym zadaniem, pomyślał, jest pozostać przy życiu. Do diabła z Jasonem Tavernerem sławnym artystą; o to będę martwić się później.

Czuł, jak dochodzą do głosu zdeterminowane szóstaczym pochodzeniem cechy jego osobowości. Nie jestem taki, jak inni ludzie, powiedział sobie. Poradzę sobie z tym — cokolwiek to jest. Jakoś to będzie.



16 из 202