
— Albo na chodniku przed wejściem — powiedział recepcjonista. — Jestem telepatą. Wiem, że ten hotel to nic nadzwyczajnego, ale nie ma tu robactwa. Kiedyś mieliśmy marsjańskie pchły piaskowe, ale już ich nie ma.
Wziął pięćset dolarów.
— Zaprowadzę pana do kogoś, kto może panu pomóc — oznajmił. Uważnie przyglądał się twarzy Jasona, zamilkł, a potem dodał: — Myśli pan, że jest pan sławny. No cóż, mamy tu najróżniejsze przypadki.
— Chodźmy — rzekł szorstko Jason. — Już.
— Natychmiast — powiedział urzędnik i sięgnął po swój błyszczący plastikowy płaszcz.
3
Prowadząc powolny, hałaśliwy, staromodny śmigacz, recepcjonista powiedział mimochodem do siedzącego obok Jasona:
— Odbieram mnóstwo dziwnych sygnałów z twojego mózgu.
— Wynoś się z moich myśli — burknął niechętnie Jason.
Nigdy nie lubił wścibskich, ciekawskich telepatów, a ten nie był wyjątkiem. — Wynoś się z moich myśli — powtórzył — i zaprowadź mnie do kogoś, kto mi pomoże. Omijaj zapory policji oraz wojska, jeśli chcesz wyjść z tego z życiem.
— Nie musi mi pan tego mówić; wiem, co się z panem stanie, jeśli nas zatrzymają.
Robiłem to już wiele razy. Dla studentów. Pan nie jest jednak studentem. Jest pan sławny i bogaty. A jednocześnie nie. Jednocześnie jest pan nikim. Pod względem prawnym pan nawet nie istnieje — mówił spokojnie urzędnik.
Zaśmiał się cichym, afektowanym śmiechem, ale patrzył nieruchomo przed siebie. Prowadzi jak stara baba, zauważył Jason. Obiema rękami ściska kierownicę.
Dotarli wreszcie do slumsów Watts. Po obu stronach wąskich uliczek znajdowały się niewielkie ciemne składy, przepełnione kontenery na śmieci; chodnik pokrywały odłamki potłuczonych butelek; niechlujny napis reklamował wielkimi literami coca-colę, a małymi nazwę sklepiku.
