
— Musiała tu być wojna — inteligentnie stwierdził Fleming.
W centrum miasta znaleźli plac defilad, na którym szereg za szeregiem leżały na trawie umundurowane szkielety. Trybuna wypełniona była szkieletami oficjeli, szkieletami generałów, szkieletami ich żon i rodziców. Za trybuną zebrały się szkielety dzieci chcących obejrzeć defiladę.
— Zgadza się, wojna — rzekł stanowczo Fleming i pokiwał głową. — Oni przegrali.
— To jasne — stwierdził Howard. — Ale kto wygrał?
— Co?
— Gdzie są zwycięzcy?
W tym momencie stacja przeleciała nad nimi i cień przemknął po milczących szeregach szkieletów. Obaj mężczyźni niepewnie popatrzyli w górę.
— Myślisz, że wszyscy nie żyją? — spytał Fleming z nadzieją w głosie.
— Myślę, że powinniśmy to sprawdzić.
Zawrócili do statku. Fleming zaczął pogwizdywać dla dodania sobie otuchy i kopnął kupkę pokrytych plamami kości, które stanęły mu na drodze.
— Trafiliśmy na żyłę złota — rzekł, szczerząc się do Howarda.
— Jeszcze nie — odparł Howard ostrożnie. — Ktoś mógł przetrwać… — dostrzegł spojrzenie Fleminga i roześmiał się mimo woli. — To jednak wygląda na udaną wyprawę.
Zwiedzali planetę bardzo krótko. Ten błękitnozielony ~~ świat był jednym wielkim cmentarzyskiem pooranym bombami. Na każdym kontynencie miasteczka zamieszkane były przez tysiące szkieletów, a wielkie metropolie — przez miliony. Na równinach i w górach leżały szkielety, szkielety były w jeziorach, w lasach, w dżunglach.
— Ależ tłumy — rzekł w końcu Fleming, gdy krążyli nad powierzchnią planety. — Ile, według ciebie, było tu mieszkańców?
— Oceniłbym to na jakieś dziewięć miliardów — odrzekł Howard.
— Co tu się mogło zdarzyć? Howard uśmiechnął się z wyższością.
— Są trzy klasyczne metody zagłady. Pierwsza to zniszczenie atmosfery trującym gazem. Podobnie działają substancje radioaktywne, ale one niszczą również życie roślinne. Wreszcie istnieją zarazki sztucznie wyhodowane właśnie w celu atakowania całych populacji. Jeśli wymkną się spod kontroli, mogą zetrzeć wszystkich z powierzchni planety.
