
— Myślisz, że to właśnie zdarzyło się tutaj? — spytał Fleming z zainteresowaniem.
— Tak uważam — powiedział Howard wycierając jabłko o rękaw i gryząc je. — Nie jestem patologiem, ale te plamy na kościach…
— Zarazki — rzekł Fleming. Zakaszlał mimo woli. — Nie sądzisz, że…
— Już byś nie żył, gdyby nadal były aktywne. To wszystko musiało się wydarzyć kilkaset lat temu, sądząc po tych zwietrzałych szkieletach. Zarazki wymarły z braku ludzkich nosicieli.
Fleming pokiwał głową.
— Wszystko jak na zamówienie. No, przykro mi z powodu tych ludzi. Wojna i te wszystkie nieszczęścia. Ale planeta jest naprawdę nasza!
Spojrzał przez iluminator na leżące w dole urodzajne, zielone pola.
— Jak ją nazwiemy, Howard?
Howard popatrzył na pola, na zdziczałe pastwiska przylegające do betonowych dróg.
— Moglibyśmy nazwać Raj II — rzekł. — To miejsce powinno stać się prawdziwym rajem dla rolników.
— Raj II! Bardzo ładnie — powiedział Fleming. Chyba będziemy musieli wynająć ekipę, żeby usunęła te szkielety. Wyglądają zbyt niesamowicie.
Howard przytaknął. Było mnóstwo szczegółów, którymi musieli się zająć.
— Zrobimy to, kiedy już…
Stacja kosmiczna przeleciała nad nimi.
— Światła! — krzyknął nagle Howard.
— Światła? — Fleming spojrzał na oddalającą się kulę. — Były, kiedy przylecieliśmy. Pamiętasz? Tamte błyskające światła?
— Słusznie — rzekł Fleming. — Myślisz, że ktoś w niej siedzi?
— Zaraz — to sprawdzimy — ponuro odparł Howard.
Zjadł resztę jabłka, a tymczasem Fleming skierował statek w stronę stacji.
Gdy do niej dotarli, zobaczyli inny statek kosmiczny przyczepiony do gładkiej, metalowej powierzchni stacji niczym pająk dla dzieci. Statek był mały, ledwie jedna trzecia ich pojazdu, i miał uchylony jeden luk.
