
Obaj mężczyźni, w skafandrach i hełmach, zatrzymali się obok luku. Fleming otworzył go. Ostrożnie oświetlili wnętrze latarkami, zajrzeli i gwałtownie odskoczyli.
Potem Howard poruszył się niecierpliwie i Fleming zaczął wchodzić.
Wewnątrz było ciało ludzkie, na wpół wychylone z fotela pilota i na zawsze zamrożone w tej niestabilnej pozycji. Na twarzy zachowały się ślady przedśmiertnej agonii, a skóra miejscami była aż do kości przeżarta przez jakąś chorobę.
Tylna część statku wypełniona była dziesiątkami drewnianych skrzynek. Fleming otworzył jedną i skierował strumień światła do środka.
— Żywność — stwierdził Howard.
— Pewnie próbował ukryć się w stacji — rzekł Fleming.
— Na to wygląda. Ale nie dotarł tam nigdy.
Szybko opuścili statek z uczuciem lekkiego obrzydzenia.
Szkielety były do przyjęcia. Stanowiły jakość samą w sobie. Te zwłoki zaś zbyt wymownie przypominały o śmierci.
— Więc kto włączył światła? — spytał Fleming na powierzchni stacji.
— Może są tam automatyczne przekaźniki — niepewnie powiedział Howard. — Tu nikt nie mógł przeżyć.
Przeszli się po powierzchni stacji i znaleźli wejście.
— Wejdziemy? — spytał Fleming.
— Po co zawracać sobie głowę? — szybko odparł Howard. — Mieszkańcy wyginęli. Możemy wracać i ogłosić nasze prawa do planety.
— Jeśli choć jedna osoba tu przetrwała — przypomniał mu Fleming — zgodnie z prawem planeta należy do niej. Howard niechętnie się zgodził. Byłoby fatalnie, gdyby odbyli długą, kosztowną podróż na Ziemię, wrócili z ekipą badawczą i zastali kogoś gospodarującego sobie w stacji kosmicznej. Co innego, jeśli mieszkańcy przetrwaliby gdzieś w ukryciu na powierzchni planety. Ale człowiek w stacji, której nie chciało się im zbadać…
