
Jensen zamknął drzwi do drugiej, mniejszej części biura i wraz z trzema asystentami zasiadł przy stole konferencyjnym. Przez dwie godziny debatowali nad pozwem Dumonda i do niczego nie doszli. Jeden z asystentów, liberał po Uniwersytecie Cornella, domagał się wyroku przyznającego szerokie prawa partnerom homoseksualnym. Jensen popierał go, ale nie chciał się do tego przyznać. Pozostali dwaj asystenci byli sceptyczni. Wiedzieli – podobnie jak Jensen – że podczas posiedzenia Sądu Najwyższego nie uda się zdobyć wymaganej większości pięciu głosów.
Rozmowa zeszła na inne tematy.
– Prezes ma cię na oku, Glenn – oznajmił asystent po Uniwersytecie Duke.
W biurze zwracali się doń po imieniu. “Panie sędzio” było zbyt oficjalne.
– O co mu chodzi? – Jensen przetarł oczy.
– Jeden z jego sekretarzy dał mi do zrozumienia, że prezes i FBI martwią się o twoje bezpieczeństwo. Podobno prezes jest wkurzony, że z nimi nie współpracujesz. Gość, który mi o tym powiedział, chciał, żebym ci to przekazał. – W Sądzie Najwyższym wszystko przekazywano sobie poprzez sieć sekretarzy, asystentów i aplikantów. Wszystko!
– To dobrze, że jest wkurzony. Na tym polega jego praca.
– Chce ci przydzielić dwóch dodatkowych ochroniarzy, a FBI będzie cię eskortować w drodze do pracy i z pracy. Poza tym chcą ci ograniczyć możliwość podróżowania.
– Już to słyszałem.
– Taa, wiemy. Ale ten sekretarz powiedział jeszcze, że prezes chce, abyśmy na ciebie wpłynęli. Mamy sprawić, byś zaczął współpracować z FBI, jeśli chcesz uratować życie.
– Rozumiem.
– Więc wpływamy na ciebie.
