
Ale przeszedł, i to do końca życia. Przez sześć lat sprawowania urzędu nie zdołał nikogo usatysfakcjonować. Głęboko dotknięty przesłuchaniami przed komisją, poprzysiągł sobie, że w pracy będzie kierował się wyłącznie współczuciem. Republikanie wpadli we wściekłość. Poczuli się zdradzeni, szczególnie wtedy, gdy Jensen odkrył w sobie namiętność do zajmowania się prawami przestępców. Bez ideologicznych wyrzutów sumienia szybko wystąpił z szeregów prawicy, przeszedł do centrum, a potem zupełnie na lewo. Wkrótce jednak wszyscy uczeni w prawie mężowie zaczęli drapać się w kozie bródki, bo Jensen piorunem wrócił na prawo i poparł sędziego Sloana, który jako jeden z nielicznych sprzeciwiał się prawom kobiet. Jensen nie lubił kobiet. Zajął neutralną postawę w sprawie religii w szkołach, był sceptyczny wobec wolności słowa, popierał ludzi walczących o mniejsze podatki, Indianie go nie interesowali, bał się czarnych, zwalczał pornografię, współczuł kryminalistom i zajmował konsekwentną postawę w kwestii ochrony środowiska. Ku wielkiemu rozczarowaniu republikanów, którzy przelewali krew za jego nominację, Jensen opowiedział się za prawami homoseksualistów.
Ostatnio na własną prośbę dostał wielce kłopotliwą sprawę, znaną jako afera Dumonda. Niejaki Roland Dumond przez osiem lat mieszkał ze swym kochankiem. Tworzyli szczęśliwą parę, byli sobie całkowicie oddani i zadowoleni z życia. Chcieli się pobrać, ale kodeks prawny Ohio nie zezwalał na takie związki. Niestety, przyjaciel Dumonda zaraził się AIDS i zmarł w męczarniach. Rodzina kochanka nie pozwoliła Dumondowi wziąć udziału w pogrzebie. Roland wpadł w rozpacz i podał rodzinę przyjaciela do sądu, żądając odszkodowania za straty moralne. Sprawa przez sześć lat nie schodziła z wokandy, wędrując od jednej instancji do drugiej, i w końcu trafiła na biurko Jensena. Kwestią sporną były tak zwane prawa małżeńskie gejów. Nazwisko Dumonda stało się okrzykiem bojowym wielu homoseksualnych aktywistów. Doszło nawet do zamieszek ulicznych.
