Callahan był znów głównym obiektem zainteresowania. W sali panowała cisza. Studenci wiedzieli już, że dobrowolne zgłoszenie się do odpowiedzi oznaczało przypiekanie żywym ogniem przez następne trzydzieści minut. Żadnych ochotników. Palacze siedzący w ostatnich rzędach zapalili papierosy. Większość udawała, że pilnie coś notuje. Przeglądanie kodeksu i szukanie teraz opisu sprawy Nasha było zbyt ryzykowne, gdyż oznaczałoby przyznanie się do niewiedzy. Za późno na ściąganie. Każdy podejrzany ruch mógł zwrócić uwagę profesora, który i tak w końcu kogoś przygwoździ.

W istocie przypadek Nasha nie był opisany w kodeksach. Należał do kilkudziesięciu drobnych spraw, o których Callahan wspomniał mimochodem przed tygodniem, a teraz domagał się od słuchaczy pełnej wiedzy na ten temat. Słynął zresztą z tego. Na egzaminie końcowym trzeba się było wykazać znajomością tysiąca dwustu spraw, z czego tysiąc nie było skodyfikowanych. Egzamin stanowił koszmar, choć Callahan oceniał sprawiedliwie i oblewał tylko prawdziwych matołów.

W tej chwili nie był jednak w najlepszym nastroju. Rozejrzał się po sali w poszukiwaniu ofiary.

– Panie Sallinger, jakie jest pańskie zdanie w tej sprawie? Czy potrafi pan wyjaśnić sprzeciw Rosenberga?

Siedzący w czwartym rzędzie Sallinger odparł natychmiast:

– Nie, panie profesorze.

– Rozumiem. Czy mogę to przypisać temu, iż nie przeczytał pan sprzeciwu Rosenberga?

– Tak, panie profesorze.

Callahan spiorunował go wzrokiem. Przekrwione oczy nadawały jego gniewnemu spojrzeniu złowrogi wyraz. Dostrzegł to jedynie Sallinger, ponieważ pozostali studenci spuścili nisko głowy.

– A czemuż to?

– Bo staram się nie czytać sprzeciwów. Szczególnie Rosenberga.

Idiota. Idiota do szóstej potęgi! Sallinger zdecydował się na walkę, choć jego składy z amunicją świeciły pustkami.

– Czy ma pan coś przeciwko Rosenbergowi, panie Sallinger?



13 из 371