
– Indianie przepadają za mną!
– Nie mam co do tego wątpliwości. – Kline kiwnął głową i uśmiechnął się do kruchego, małego człowieczka o zaciśniętych pięściach.
Rosenberg wyznawał prostą filozofię: najpierw rząd, potem gospodarka; jednostka przed rządem, a najważniejsze jest środowisko naturalne. Jeśli chodzi o Indian, to spełniłby ich każdą prośbę.
Przekleństwa, modły, śpiewy, okrzyki i wrzaski narastały z każdą chwilą, a policja prewencyjna zwierała szeregi. Tłum był potężniejszy i bardziej zdesperowany, niż bywało to w ostatnich latach. Wyczuwało się większe napięcie. Przemoc stała się niemal chlebem powszednim. Podkładano bomby pod kliniki wykonujące zabiegi przerywania ciąży. Napadano na ginekologów i bito ich, a nawet mordowano. W Pensacola pewnego lekarza zakneblowano, związano w pozycji embrionalnej i oblano żrącym kwasem. Co tydzień wybuchały zamieszki na ulicach. Wojowniczy geje atakowali kościoły i księży. Bojownicy o supremację białych, zrzeszeni w kilkudziesięciu znanych i nieznanych organizacjach paramilitarnych, coraz śmielej napadali na czarnych, Latynosów i Azjatów. Nienawiść ogarnęła całą Amerykę.
Sąd, rzecz jasna, stał się łatwym celem ataków. Groźby pod adresem sędziów nasiliły się dziesięciokrotnie od roku 1990. Wzmocniono ochronę gmachu Sądu Najwyższego; każdego sędziego strzegło co najmniej dwóch agentów FBI, a każda pogróżka była dokładnie sprawdzana.
– Nienawidzą mnie, nie sądzisz? – powiedział głośno Rosenberg, wyglądając przez okno.
– Owszem, niektórzy z nich na pewno – odparł rozbawiony Kline.
Rosenberg uwielbiał tego typu uwagi. Uśmiechnął się i wziął głęboki oddech. To jemu najczęściej grożono śmiercią.
– Widzisz transparenty? – spytał. Był prawie ślepy.
– Sporo.
– Co na nich powypisywali?
– To, co zwykle. “Śmierć Rosenbergowi”. “Rosenberg na emeryturę”. “Odciąć mu tlen”.
