
– Cholera, od lat ciągle to samo. Mogliby wymyślić coś nowego.
Asystent nie odpowiedział. Abe powinien był zrezygnować już dawno temu, ale zapewne wyniosą go stąd na noszach.
Rosenberg miał trzech sekretarzy prawnych zajmujących się wyszukiwaniem precedensów, jednak wszystkie uzasadnienia pisywał samodzielnie grubym pisakiem na białym papierze kancelaryjnym, a jego bazgroły przypominały pismo pierwszoklasisty. Pisanie zajmowało mu dużo czasu, ale nie przejmował się tym, bo pełnił swą funkcję dożywotnio. Sekretarze sprawdzali uzasadnienia pod względem prawnym i rzadko znajdowali w nich jakiś błąd.
– Trzeba by rzucić Runyana na pożarcie Indianom – zachichotał Rosenberg.
John Runyan był pierwszym prezesem Sądu Najwyższego, zatwardziałym konserwatystą, mianowanym przez republikańskiego prezydenta, znienawidzonym przez Indian oraz wszystkie mniejszości. Siedmiu z dziewięciu sędziów również mianował republikanin. Rosenberg czekał już piętnaście lat na to, żeby w Białym Domu zamieszkał demokrata. Chciał zrezygnować, powinien zrezygnować, ale nie mógł się pogodzić z myślą, że jego miejsce zajmie jakiś prawicowiec w typie Runyana.
Miał czas. Mógł sobie siedzieć w swoim wózku inwalidzkim, oddychać tlenem i bronić praw Indian, czarnych, kobiet, ubogich, upośledzonych i przyrody dopóty, dopóki nie skończy stu pięciu lat. I nikt mu w tym nie przeszkodzi. Chyba że go zabiją. Co zresztą nie byłoby wcale takie złe.
Głowa wielkiego męża zadrżała, zachwiała się i opadła na ramię. Usnął. Kline wyszedł cichutko z gabinetu i udał się do pracy w bibliotece. Wróci za pół godziny, by sprawdzić poziom tlenu i podać Rosenbergowi tabletki.
Gabinet pierwszego prezesa mieści się na głównym piętrze i jest większy i bardziej okazały niż biura pozostałej ósemki sędziów. Westybul wykorzystywany jest do małych przyjęć i oficjalnych zebrań, natomiast sam gabinet stanowi miejsce pracy prezesa.
Drzwi gabinetu były zamknięte, a w środku oprócz prezesa znajdowało się trzech jego asystentów, kapitan policji Sądu Najwyższego, trzech agentów FBI i K.O. Lewis – zastępca dyrektora Federalnego Biura Śledczego. Nastrój był poważny. Wszyscy starali się nie zwracać uwagi na hałasy dobiegające z zewnątrz. Nie było to łatwe. Prezes rozmawiał z Lewisem o ostatniej serii pogróżek, a pozostali słuchali. Asystenci notowali pilnie.
