
– Bardzo zabawne – odparł Runyan z kamienną twarzą. – Bardzo zabawne. Mam nadzieję, że nie pominęliśmy żadnej organizacji. – Rzucił raport na biurko i potarł czoło. – Porozmawiajmy o bezpieczeństwie. – Zamknął oczy.
K.O. Lewis odłożył swój egzemplarz raportu na biurko sędziego.
– No cóż, dyrektor uważa, że powinniśmy przydzielić po czterech agentów każdemu z członków Sądu. Przynajmniej na najbliższe dziewięćdziesiąt dni. Do pracy i z pracy sędziowie będą jeździć limuzynami z eskortą. Policja będzie strzegła także budynku Sądu.
– A co z podróżami?
– Trzeba będzie z nich zrezygnować, przynajmniej na jakiś czas. Dyrektor uważa, że sędziowie nie powinni opuszczać dystryktu Kolumbii aż do końca roku.
– Oszalał pan? A może oszalał pański zwierzchnik? Jeśli polecę moim szanownym kolegom zastosowanie się do tego wymogu, jeszcze dziś wyjadą z miasta i nie wrócą przez najbliższy miesiąc. To absurd! – Runyan zmarszczył czoło i spojrzał na swych asystentów, którzy pokręcili głowami, nie kryjąc oburzenia.
Na Lewisie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Spodziewał się takiej reakcji.
– Decyzja należy do pana. Ze strony dyrektora tylko sugestia.
– Idiotyczna sugestia!
– Dyrektor nie liczy na pańską zgodę. Liczy natomiast, że zechce pan odpowiednio wcześnie poinformować go o planowanych podróżach. W przeciwnym razie nie bierzemy odpowiedzialności za bezpieczeństwo sędziów.
– Chce pan powiedzieć, że macie zamiar eskortować każdego sędziego za każdym razem, gdy wyjeżdża z miasta?
– Tak, prezesie. Mamy taki plan.
– Nic z tego. Ci ludzie nie są przyzwyczajeni do niańczenia.
– Tak jest. Nie nawykli również do aniołów stróżów. Proszę jednak nie zapominać, że naszym zadaniem jest chronić pana i pańskich szanownych kolegów, sir. Oczywiście nie musimy tego robić. Ale wydaje mi się, sir, że to wy nas wezwaliście. Lecz jeśli taka jest wasza wola, możemy was zostawić w spokoju.
