
W ciągu ostatnich sześćdziesięciu dni do Biura napłynęło ponad dwieście gróźb, co było swoistym rekordem. Wśród nich zdarzały się ogólnikowe, typu: “Wysadzić w powietrze Sąd”, lecz wiele dotyczyło konkretnych osób.
Runyan nie ukrywał poirytowania. Miał przed sobą poufny raport FBI, z którego odczytywał nazwy organizacji podejrzanych o wysyłanie gróźb. Ku-Klux-Klan, Aryjczycy, naziści, Palestyńczycy, czarni separatyści, przeciwnicy przerywania ciąży, homofobi. Nawet IRA. Brakowało tylko rotarian i harcerzy. Jakaś popierana przez Iran grupa z Bliskiego Wschodu groziła rozlewem krwi na amerykańskiej ziemi z zemsty za śmierć dwóch ministrów sprawiedliwości w Teheranie. Nie istniały absolutnie żadne dowody, że Stany Zjednoczone miały z tym jakiś związek. Nowo powstała w kraju i już ciesząca się wątpliwą sławą grupa terrorystyczna, znana jako Armia Podziemia, zabiła w Teksasie sędziego federalnego podkładając bombę pod jego samochód. Nie dokonano jeszcze żadnych aresztowań, mimo że AP wzięła na siebie odpowiedzialność za zamach na sędziego. Armię podejrzewano również o podłożenie kilkudziesięciu ładunków wybuchowych pod biura ACLU
– A co z tymi terrorystami z Puerto Rico? – zapytał Runyan, nie podnosząc głowy.
– Mięczaki. Nie ma się czym przejmować – rzucił od niechcenia K.O. Lewis. – Grożą już od dwudziestu lat.
– Więc może powinniśmy wziąć się do roboty. Mamy odpowiedni klimat, nie sądzi pan?
– Nie ma się co przejmować tymi z Puerto Rico, prezesie. – Runyan lubił, gdy zwracano się do niego “prezesie”. Nie “panie sędzio” czy “panie prezesie”, lecz właśnie “prezesie”. – Grożą tak jak wszyscy.
