
– Owszem, nasz. Interes dyrektora i mój, prezesie. Sprawa jest prosta: jeśli komuś coś się stanie, Biuro wpadnie w tarapaty.
Prezes zakołysał się w fotelu. Jazgot dobiegający z ulicy irytował go coraz bardziej, a spotkanie trwało już zbyt długo.
– Nie zawracajcie sobie głowy Rosenbergiem. Może umrze we śnie. Bardziej martwi mnie Jensen.
– Tak, on też stwarza problemy – rzucił Lewis, kartkując notatnik.
– Wiem, że stwarza problemy – wycedził przez zęby Runyan. – Przynosi nam wstyd. Zdaje się, że obecnie jest liberałem. W połowie przypadków głosuje tak jak Rosenberg. W przyszłym miesiącu zostanie zapewne zwolennikiem supremacji białych i opowie się za segregacją w szkołach. Za pół roku zakocha się w Indianach i zechce oddać im Montanę. Zachowuje się jak dziecko opóźnione w rozwoju.
– Wie pan, on poddaje się kuracji antydepresyjnej…
– Wiem, wiem. Powiedział mi o tym. Traktuje mnie jak ojca. Jaki lek mu podają?
– Prozac.
– A co z tą instruktorką aerobiku, z którą się spotykał? Wciąż ją widuje? – Prezes ponownie zajął się paznokciami.
– Raczej nie, prezesie. Sądzę, że Jensen nie interesuje się kobietami – stwierdził enigmatycznie Lewis. Wiedział jednak więcej, niż chciał powiedzieć. Spojrzał porozumiewawczo na jednego z agentów.
Runyan nie zwrócił na to uwagi.
– Współpracuje z wami? – indagował, nie przerywając czyszczenia paznokci.
– Oczywiście, że nie. Pod wieloma względami jest gorszy od Rosenberga. Pozwala nam eskortować się tylko pod dom, a potem każe tkwić przez całą noc na parkingu. Nie możemy siedzieć nawet w korytarzu. Twierdzi, że niepokoilibyśmy sąsiadów. Proszę pamiętać, że on mieszka na szóstym piętrze, a do budynku można się dostać na dziesięć różnych sposobów. Bawi się z nami w kotka i myszkę. Wymyka się o różnych porach i nigdy nie wiemy, czy jest u siebie, czy też nie. Rosenberg przynajmniej przez całą noc siedzi w domu. Jensen jest wprost niemożliwy.
