
Jeżeli się je jednak raz zaakceptuje, takich powodów natychmiast rodzi się więcej, i coraz więcej. Morderstwo raz zaakceptowane staje się nie do powstrzymania. Nieuchronnie prowadzi do wojny, i dalej, do unicestwienia.
Kalen czuł, że to morderstwo wpłynęłoby w jakiś sposób na los jego rasy.
Powstrzymanie się od zabójstwa wydało mu się nieomal kwestią jej przetrwania.
Mimo wszystko, nie poprawiło mu to samopoczucia.
Patrzył, jak jego statek zmienia się w kropkę na niebie. Obcy oddalali się w śmiesznie powolnym tempie. Nie widział po temu żadnego usprawiedliwienia — chyba że chcieli mu dokuczyć.
Bez wątpienia mieli w sobie dość sadyzmu na coś takiego.
Kalen wrócił na statek. Wola życia była w nim silniejsza niż kiedykolwiek.
Nie miał zamiaru się poddawać. Postanowił za wszelką cenę czepiać się życia, w nadziei — jednej na milion — że kiedyś ktoś jeszcze odwiedzi planetę.
Rozejrzał się i uznał, że może sprokurować namiastkę powietrza ze środka czyszczącego oznakowanego czaszką. Wystarczy na dzień, możę dwa. A gdyby jeszcze zdołał otworzyć orzech kerla…
Zdawało mu się, że słyszy coś na zewnątrz. Skoczył sprawdzić. Niebo było puste. Statek zniknął. Kalen był sam.
Znów wrócił na obcy statek i podjął żmudne zadanie utrzymania się przy życiu.
Odzyskawszy przytomność, Agee stwierdził, że tuż przed omdleniem zdołał zredukować przyspieszenie do połowy. Tylko to uratowało mu życie.
Nawet obecne przyspieszenie, oscylujące tuż nad punktem zero, było nieznośnie ciężkie! Agee odpieczętował drzwi i przeczołgał się do sąsiedniego pomieszczenia.
Barnetta i Victora przy starcie wystrzeliło z pasów. Victor właśnie odzyskiwał przytomność. Barnett podnosił się ze sterty pogniecionych skrzyń.
