
Nazajutrz natknęłam się na niego w Supersamie i w paru innych miejscach. Pętał się dookoła jak pies koło jatki i przyglądał mi się z natrętnym uporem. Obejrzałam się w szybach wystawowych. Doprawdy, nie było żadnego sensownego powodu, dla którego miałby popadać w taki obłęd na moim tle.
Zaraz następnego dnia miało miejsce wydarzenie niejako kontrastowe. Wyszłam z domu przerażająco wcześnie, o wpół do dziewiątej rano, udałam się na przystanek i wsiadłam w autobus pospieszny B. Prawdopodobnie coś myślałam, chociaż o tej porze doby nie można za to ręczyć, w każdym razie nie dostrzegałam otoczenia. Dopiero w pobliżu placu Unii wpadł mi nagle w oko osobnik siedzący przede mną, po przeciwnej stronie.
Autobus był prawie pusty i nic mi go nie zasłaniało. Osobnik w zamyśleniu wpatrywał się w przestrzeń. Był jasny.
Tak jasny, że bez wątpienia wpadłby mi w oko nawet w najgęstszym tłumie, a co mówić w pustym autobusie!
Oko bezmyślnie zarejestrowało widok. Autobus jechał. Osobnik trwał w zamyśleniu. Przyglądałam mu się, bo nie miałam nic lepszego do roboty. W jakimś momencie ruszył mi wreszcie umysł.
Zaczęłam sobie zgadywać, kim on może być. Nie wiadomo dlaczego od razu nabrałam pewności, że z zawodu musi być dziennikarzem. Nic innego nie pasowało. Następnie pomyślałam, że powinien mieć albo samochód, albo niezwykle piękną żonę. Samochodu nie ma, bo jedzie autobusem, zostaje żona… Wprawdzie ja też jadę autobusem, chociaż mam samochód, ale on powinien mieć porządniejszy samochód, a zatem nie ma, a zatem musi mieć tę niezwykle piękną żonę.
