
Następnie z posępną melancholią i gryzącym żalem pomyślałam to, co powinnam była pomyśleć na wstępie. Że, oczywiście, mną się taki nie zainteresuje. Wygląda jak wcielenie moich wszystkich marzeń, blondyn w tym specjalnym typie, który mi się ustawicznie błąka po życiorysie i właśnie u takiego ja nie mam żadnych szans. Na mnie wytrzeszcza głupowate gały czarna niedojda z orlim nosem, a taki jak ten co? Taki jak ten ma mnie w nosie. Diabli nadali, chała-monstre…
Wysiadłam z autobusu nieco rozgoryczona, pozałatwiałam te koszmarne interesy, które wywlokły mnie z domu o wschodzie słońca, zrobiłam zakupy i w Delikatesach na Nowym Świecie ujrzałam znów tamtego natrętnego kretyna z nosem. Ukłonił mi się. Beznadziejny idiota.
Przez następne dwa dni spotykałam go na każdym kroku, co denerwowało mnie z godziny na godzinę bardziej. Co to jest, żeby miasto pełne było jednego człowieka! Gdyby nie zjawisko w autobusie pospiesznym B, być może odnosiłabym się do niego mniej nieżyczliwie, w tej sytuacji jednakże, w obliczu porównań, napełniał mnie żywą niechęcią. W Domach Towarowych Centrum samym ukłonem wyprowadził mnie z równowagi tak, że spowodowałam rewolucję w stoisku ze stanikami, buntując klientki informacją, że tych rzeczy nie kupuje się na oko, bo nie na oku się je nosi, i w ogóle mierzy się na figurę, a nie na swetry i palta. Wybuchłą z tego awanturę wywołałam całkowicie altruistycznie, sama tam bowiem akurat nic nie kupowałam.
Czarny pomyleniec z orlim nosem nie odrywał ode mnie zafascynowanego wzroku. Przeczekał pandemonium w stanikach, przeczekał kosmetyki, pończochy i piżamy i przy męskich gaciach wreszcie podszedł. Od razu pomyślałam, że miejsce sobie wybrał niezwykle romantyczne.
