
Nazajutrz wstała o piątej, nie bacząc na Boże Narodzenie, a o pół do szóstej już robiła rozgrzewkę w sali. Przed południem tego dnia nie było zajęć, nie mogła jednak znieść myśli, że straci całe rano. Zawsze się bała, że zmarnowanie kilku godzin, ba, choćby minuty, może ją kosztować utratę jakiejś części jej wprawy. Nawet w Boże Narodzenie.
Madame zastała ją w sali o siódmej. Po krótkiej chwili coś w ćwiczeniach Daniny wydało się jej dziwne – jakaś niewłaściwa jej sztywność, ociężałość przy wykonywaniu arabesek. Nagle bardzo powoli, jak gdyby w zwolnionym tempie, zaczęła osuwać się na podłogę. Jej ruchy były tak pełne gracji, że mogło się wydawać, iż z absolutną precyzją ćwiczy upadanie. Dopiero kiedy się okazało, że leży bez władnie, po chwili długiej jak wieczność Madame i dwie inne uczennice nagle zdały sobie sprawę, że straciła przytomność. Przypadły do niej, próbowały ją cucić, a Madame uklękła przy niej na ziemi. Ręce jej drżały, kiedy dotykała twarzy i pleców Daniny, czując suche gorąco jej rozpalonego ciała. Kiedy zaś Danina otworzyła niewidzące oczy, preceptorka od razu dostrzegła, że błyszczą gorączką. Przez noc dziewczyna zapadła na jakąś zagadkową chorobę.
– Dziecko, dlaczego tańczysz, skoro jesteś chora? Madame wpatrywała się w nią z rozpaczą. Wszyscy słyszeli o influency szalejącej w odległej Moskwie, ale w Petersburgu choroba na razie nie dawała o sobie znać.
– Nie powinnaś była tego robić – skarciła ją Madame delikatnie, obawiając się najgorszego.
Po raz pierwszy jednak Danina wydawała się jej nie słuchać.
– Musiałam… musiałam…
Utrata choćby jednej chwili, pojedynczego ćwiczenia, lekcji czy próby była czymś ponad siły dziewczyny.
– Muszę wstać… muszę…
Jej głos przeszedł w bełkot maligny. Jeden z młodzieńców, od dziesięciu lat jej partner w tańcu, uniósł ją z ziemi jak piórko i poprzedzany przez Madame zaniósł po schodach na górę do łóżka.
