
Denison nigdy nie zapomniał tej chwili, bo jego uwaga spowodowała, że Hallam otrzymał Nagrodę Nobla, on natomiast — skazał siebie na zapomnienie. Nie wiedział (a nawet gdyby wiedział, tak naprawdę nic by go to nie obchodziło), że w Hallamie spoczywały niewyczerpane pokłady uporu, że posiadał cechującą średniaków bojaźliwą potrzebę osłaniania swej dumy, która w owym czasie miała mu przynieść zwycięstwo i która okazała się znacznie skuteczniejsza niż wrodzona inteligencja Denisona.
Hallam zaczął od razu, nie tracił czasu. Zaniósł metal do Zakładu Spektografii Masowej. Było to posunięcie naturalne dla radiochemika. Poza tym znał tamtejszych techników, z którymi pracował wcześniej, i na których mógł wywrzeć pewien nacisk. Presja okazała się tak silna, iż zadanie to uznano za pilniejsze od wielu — zdawałoby się — bardziej istotnych badań.
W końcu specjalista od spektografii masowej powiedział:
— No, więc, to nie jest wolfram.
Szeroka, posępna twarz Hallama skrzywiła się w nieporadnym uśmiechu. — Dobrze. Powiem to temu mądrali Denisonowi. Chcę mieć raport i…
— Ale chwileczkę, doktorze Hallamie. Mówię, że to nie jest wolfram. To wcale nie znaczy, że wiem, co to jest.
— Nie rozumiem. Nie wie pan, co to jest?
— Uważam, że wyniki są dziwaczne. — Technik zamyślił się przez chwilę. — To może się wydać niewiarygodne, ale… ładunek właściwy całkowicie się nie zgadza.
— Jak to: nie zgadza się?
— Jest za wysoki. Po prostu nie może być taki.
— W tej sytuacji — powiedział Hallam i wydał następne polecenie, które otworzyło mu drogę ku Nagrodzie Nobla; można by nawet posunąć się do stwierdzenia, że tym właśnie na nią zasłużył, niezależnie od motywacji, jaka nim kierowała. — Należy zbadać częstotliwość promieniowania rentgenowskiego charakterystycznego i oszacować ładunek. I jeszcze… proszę się nie obijać i nie gadać, że coś tam jest niewiarygodne.
