— W takim razie, jak mam uwierzyć w tamte brednie o plutonie 186?

Od tej chwili Hallamowi wydawało się, że znalazł się w potrzasku. Tajemnica wolframu-plutonu stała się tak intrygująca, iż zaczął ją traktować jako osobisty afront, wymierzony w niego policzek. Ktokolwiek zamienił butelki lub ich zawartość, musiał je ponownie wymienić albo też wynalazł metal w konkretnym celu — zrobienia z niego, Hallama, głupca. W każdym razie początkujący radiochemik gotów był rozwalić cały świat, by rozwiązać zagadkę. Oczywiście, jeśli będzie musiał… i jeśli zdoła. Bez wątpienia był uparty i zapalczywy, i nie dawał się zbywać byle czym, poszedł więc prosto do G.C. Kantrowitscha, który wtedy właśnie zaczynał ostatni rok swej znakomitej kariery. Nakłonienie Kantrowitscha do współpracy nie było łatwe, ale kiedy już dał się namówić, długo pałał entuzjazmem.

Dwa dni później faktycznie to on właśnie wpadł szalenie podekscytowany do gabinetu Hallama. — Czy dotykałeś tego gołymi rękami?

— Raczej nie — odpowiedział Hallam.

— W takim razie lepiej tego nie rób. Jeśli masz jeszcze jakieś próbki, nie dotykaj ich. Ta substancja emituje pozytony.

— Co?!

— Najbardziej energetyczne pozytony, jakie w życiu widziałem… A i twoje szacunki radioaktywności są za niskie.

— Za niskie?!

— Jak najbardziej. Co więcej, niepokoi mnie, że za każdym razem, gdy przeprowadzam pomiary, odczyty są trochę wyższe niż poprzednie.

6 (c.d.)

Bronowski wyszperał w obszernej kieszeni marynarki jabłko, wyciągnął je i ugryzł. — Okay, właśnie widziałeś Hallama i zostałeś przez niego wyrzucony. Nie było to zresztą dla ciebie niespodzianką. I co teraz?



8 из 272