
– Nazywam się Jarosław Pater. Komenda Wojewódzka. Pan jest właścicielem?
Mężczyzna poczerwieniał jeszcze bardziej i skinął głową.
– Nazywam się Krzysztof Markowski, a to mój wspólnik, Rafał Misiak.
Nadkomisarz przypatrywał się mężczyznom. Misiak nieco cofnął się za wspólnika.
– Nagranie do programu policyjnego… Dobre… Mam nadzieję – Nadkomisarz dodał cicho – że to ostatnie kłamstwo dzisiaj.
Misiak cofnął się jeszcze bardziej. Najchętniej zapadłby się pod ziemię.
– Myśleliśmy – Markowski zaczął ciężko oddychać – że pan jest klientem. Rozumie pan, musimy dbać o pijar.
Nagle Markowski zmienił temat, jakby wstąpiły w niego nowe siły.
– Ofiarę znaleźli w suszarni Ziętek i Koniarek. Ziętek źle się poczuł i pojechał do domu. Wie pan, wymiotował jak kot.
– Nie mówi się „wymiotował jak kot”, tylko „rzygał jak kot”. Albo „puścił pawia”, pozostając przy substandar-dowej odmianie naszego pięknego języka – Pater cedził słowa powoli. – Chyba że chodzi panu znów o odpowiedni pijar… zresztą nieważne… Dlaczego – popatrzył na Markowskiego – powiedział pan „ofiara”?
– No przecież policjanci mówili, że ktoś rozbił mu głowę. Zresztą nie mogło być inaczej, my tu, widzi pan, musimy przestrzegać zasad BHP i w zasadzie wypadki się u nas nie zdarzają…
– W zasadzie?
– Wie pan, to tartak – po raz pierwszy odezwał się Misiak. – Raz na jakiś czas czyjś palec musi polecieć. Taka robota. Zna pan dowcip o ręce drwala?
Pater przytaknął.
– Proszę być na miejscu. Nie wykluczam, że będę chciał z panami porozmawiać.
Znowu poczuł ból. Rozejrzał się. Kwieciński, gdzie jest Kwieciński?
– Aha, jeszcze jedno – krzyknął za odchodzącymi mężczyznami. – MGM to trzy litery. A panów jest dwóch. Gdzie jest trzeci wspólnik?
Markowski i Misiak odwrócili się, jakby wykonywali zsynchronizowany zwrot podczas musztry.
– Jest nas trzech. Gumowski jest na urlopie. Chyba we Francji.
