
Pater zobaczył medyka sądowego. Ruszył w jego kierunku. „Ładne rzeczy tu się dzieją”, pomyślał. „Nie potrafią trzymać języka za zębami i wszyscy już wiedzą, że trup ma ranę na głowie. I nie potrafią przytrzymać na miejscu człowieka, który znalazł ciało”. Pater wiedział, że taka bezmyślność we wstępnej fazie śledztwa bardzo często jest już nie do naprawienia. Jak trzy bramki w plecy na dziesięć minut przed końcem meczu. Partacze. Przypomniał mu się Wieloch, ekipa remontowa i przyjaciel P-99.
Przywitali się.
– Chodź, coś ci pokażę. – Kwieciński ruszył szybko w stronę niedużego jasnego budynku, składającego się z dwóch części. Medyk pogwizdywał coś pod nosem. Nadkomisarz przyspieszył kroku i rozpoznał melodyjkę. My Favorite Things. Banalna piosenka, z której geniusz saksofonu, John Coltrane, uczynił jedno ze swoich arcydzieł.
– Chodź, coś ci pokażę. – W głosie medyka sądowego pobrzmiewała rzadka u tego człowieka ekscytacja. Pater zauważył, że w stronę budynku prowadzą szyny.
– Nie, zaczekaj, to ja ci coś pokażę. – Pater podniósł koszulę.
My Favorite Things urwało się w pół taktu.
– Przewróciłem się w łazience. Moje żebra miały spotkanie trzeciego stopnia z umywalką.
Kwieciński przyjrzał się opuchliźnie.
– Rozległe zasinienie. Jak tu skończysz, jedź od razu na prześwietlenie. Po drodze zatrzymasz się w aptece i kupisz sobie środki przeciwbólowe. A na razie dam ci ze swojego zestawu podręcznego. – Sięgnął do torby. – Noszę ze sobą, tak na wszelki wypadek. Dobra… Żywi mają pierwszeństwo przed umarłymi. To powiedział chyba jakiś filozof… A teraz chodź.
Pater połknął dwie duże zielone kapsułki. Przywitał się z miejscowymi policjantami i wszedł do suszarni. Popatrzył na zwłoki i zrobiło mu się niedobrze.
– Uważaj – powiedział Kwieciński – tu wszędzie jest narzygane. Ktoś haftował paprykarzem szczecińskim albo czymś równie apetycznym.
