
– Nie chcę cię zabić, Jeanne. Ale zrobię to, jeśli nie będziesz posłusznie wykonywała moich poleceń. Teraz twoja kolej, kochanie; powiedz, zrozumiałaś wszystko, co powiedziałam?
Jeanne Galetta pokiwała głową tak energicznie, że omal nie spadły jej okulary.
– Zrozumiałam. Proszę nie robić mi krzywdy – wykrztusiła.
Miała krótkie, ciemne włosy, dobiegała trzydziestki i była dosyć atrakcyjna. Ale niebieski spodnium ze sztucznego włókna i wysokie obcasy postarzały ją.
– Idziemy do szefowej. Ruszaj się, Jeanne. Jeśli nie wyjdę stąd za osiem minut, zginiecie obie: ty i pani Buccieri. Mówię poważnie. Nie myśl, że was nie zabiję, bo jestem kobietą. Zastrzelę was jak psy.
II
Brianne podobało się, że nagle ma władzę. Poprowadziła drżącą kasjerkę przez hol z bankomatami, potem przez salę. Liczyła cenne sekundy, które już zużyła. Supermózg ciągle podkreślał, że napad musi być przeprowadzony dokładnie według planu. W kółko powtarzał, że wszystko zależy od precyzji.
LICZĄ SIĘ MINUTY, BRIANNE
LICZĄ SIĘ SEKUNDY
LICZY SIĘ NAWET TO, ŻE WYBRALIŚMY AKURAT TEN BANK
Napad musiał być perfekcyjny. Rozumiała to, rozumiała… Supermózg zaplanował go według swojej skali numerycznej na 9,9999 z 10.
Brianne lewą ręką wepchnęła kasjerkę do gabinetu szefowej. Usłyszała cichy szum komputera. Potem zobaczyła Betsy Buccieri za wielkim, dyrektorskim biurkiem.
– Codziennie otwieracie sejf o ósmej pięć… – wrzasnęła – więc teraz otwórzcie go dla mnie! Ale już!
Kierowniczka filii patrzyła na nią szeroko otwartymi oczyma.
– Nie mogę otworzyć skarbca – zaprotestowała. – Otwiera się automatycznie na sygnał z komputera w centrali na Manhattanie. Nigdy o tej samej porze.
Brianne pokazała swoje lewe ucho. Skinęła palcem na Betsy Buccieri, żeby słuchała. Czego?
