
– Pięć, cztery, trzy, dwa… – odliczyła Brianne i sięgnęła po słuchawkę telefonu na biurku. Zadzwonił. Doskonała koordynacja.
– To do ciebie – powiedziała. Gumowa maska prezydenta Clintona tłumiła trochę jej głos. – Słuchaj uważnie.
Podała słuchawkę szefowej filii. Wiedziała, kto jest przy telefonie i co powie.
Supermózg nie zamierzał grozić. Wymyślił coś lepszego.
– Betsy, tu Steve. W naszym domu jest jakiś mężczyzna. Trzyma mnie pod lufą. Ostrzega, że jeśli ta kobieta w twoim gabinecie nie wyjdzie z banku z pieniędzmi dokładnie o ósmej dziesięć, zastrzeli Tommy’ego, Annę i mnie.
– Jest ósma cztery.
Połączenie zostało przerwane. W słuchawce zapadła cisza.
– Steve? Steve! – zawołała Betsy, łzy zaczęły spływać jej po policzkach. Spojrzała na zamaskowaną kobietę. Nie mogła uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. – Proszę nie robić im krzywdy. Błagam. Już otwieram skarbiec.
Brianne powtórzyła wiadomość.
– Ósma dziesięć. Ani sekundy później. I żadnych głupich sztuczek. Żadnych cichych alarmów. Żadnej farby na banknotach.
– Oczywiście. Proszę za mną.
Betsy Buccieri przestała prawie myśleć. W głowie dźwięczały jej tylko trzy imiona: Steve, Tommy, Anna.
O ósmej pięć podeszły do skarbca Moslera.
– Otwieraj, Betsy. Czas leci. Twoja rodzina może umrzeć.
Drzwi z pięknie polerowanej stali miały tłoki jak lokomotywa. Otwarcie ich zajęło Betsy Buccieri niecałe dwie minuty. Prawie na wszystkich półkach leżały paczki banknotów. Brianne w życiu nie widziała tyle forsy. Zaczęła wpychać pieniądze do dwóch brezentowych toreb sportowych. Pani Buccieri i Jeanne Galetta przyglądały się temu w milczeniu. Brianne podobał się strach i szacunek dla niej, malujący się na ich twarzach.
Ładując swój łup, zgodnie z instrukcją odliczała minuty. Ósma siedem… Ósma osiem… Wreszcie skończyła.
– Zamykam was obie w skarbcu. Ani słowa, bo zostawię tu wasze trupy.
Podniosła torby.
