
Młodszy z mych dwóch adoptowanych synów przejawiał niemal geniusz, jeśli chodzi o wszelkie aspekty słowa pisanego. Pod rozkazami Cezara ten dar przydawał mu się niezmiernie: został czymś w rodzaju jego adiutanta – pisarza. Jak sam mawiał, lwia część zapisków wielkiego wodza z kampanii w Galii, które przez ostatni rok czytywali chyba wszyscy Rzymianie, wyszła spod jego, Metona, pióra. Nikt przy tym nie mógł mu dorównać w łamaniu wszelkiego typu kodów i szyfrów czy układaniu anagramów. Teraz jednak nie było go w Rzymie, choć przybycia Cezara oczekiwano lada dzień; jedni z radością, inni z przerażeniem.
– Łamaniem szyfrów rządzą zasady – mruczałem do siebie, starając się przywołać z pamięci niektóre proste sztuczki, których wyuczył mnie Meto. – Szyfr to jakby szarada, której rozwiązywanie to gra, a gry…
– A gry mają swoje reguły, które byle głupek może poznać i zastosować.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem stojącą w drzwiach moją córkę.
– Diano! Mówiłem, żebyś została w domu! Co będzie, kiedy Aulus…
– Mama go pilnuje i nie wypuści go do ogrodu. Wiesz, jaka jest przesądna, kiedy chodzi o trupy. – Diana cmoknęła głośno. – Ten biedak wygląda okropnie!
– Chciałem ci oszczędzić tego widoku.
– Tato, widywałam już przedtem zwłoki.
– Ale nie…
– Ale nie ludzi uduszonych w ten sposób, chcesz powiedzieć. Zgadza się, ale samą garotę już widziałam. Ta jest bardzo podobna do tej, którą parę lat temu zabito Tytusa Treboniusza. Udowodniłeś wtedy, że zamordowała go własna żona. Zatrzymałeś sobie narzędzie zbrodni na pamiątkę. Mama groziła, że użyje jej na Dawusa, jeśli kiedykolwiek mi podpadnie.
– Żartowała oczywiście. Tego typu broń jest dzisiaj równie rozpowszechniona jak sztylety – powiedziałem.
– Dawusie, czy dobrze się spisujesz, pomagając tacie? – Diana zwróciła się do męża, kładąc mu dłoń na muskularnym ramieniu i całując delikatnie w czoło. Pasemko jej długich, czarnych włosów opadło mu na twarz, a on uśmiechnął się do niej.
