
– Może masz rację, Dawusie – powiedziałem. – Możliwe, że nie miał przy sobie nic innego. Chyba że… Zdejmij mu buty, dobrze? Plecy mnie już bolą od tego schylania.
Buty Numeriusza uszyte były z dobrze wyprawionej czarnej skóry, ozdobionej misternie wytłoczonym deseniem w przeplatające się trójkąty, sznurowane długimi rzemieniami do owijania wokół kostki i łydki. Podeszwy były grube, wykonane z kilku warstw sztywnej skóry i połączone z cholewkami za pomocą ćwieków. Niczego w nich nie było. Wnętrze było jeszcze ciepłe i przesiąknięte zapachem stóp zmarłego. Naszła mnie myśl, że ich dotykanie jest czynnością bardziej intymną niż w wypadku ubrania i sygnetu. Już miałem oddać buty Dawusowi, kiedy zauważyłem na obu podeszwach coś nietypowego. W środkowej warstwie skóry znajdowały się dwie szczeliny odległe od siebie na szerokość kciuka, a przy jednej z nich mały otworek.
– Masz przy sobie jego sztylet? – spytałem.
Dawus zmarszczył czoło.
– Sztylet? Ach, rozumiem! Ale jeśli chcesz rozcinać te buty, przyniosę z kuchni lepszy nóż.
– Nie, daj mi ten Numeriusza.
Podałem mu buty, biorąc w zamian pochwę ze sztyletem, którą wyciągnął spod tuniki. Przyjrzałem się jej i kiwnąłem z satysfakcją głową.
– Rzuciło ci się coś w oczy w tej pochwie? – spytałem.
Znów się zmarszczył, wyczuwając, że poddaję go próbie.
– No, zrobiona jest ze skóry…
– Tak, ale jakiej?
– Czarnej. – Spostrzegł, że ta odpowiedź mnie nie zadowoliła, i spróbował znowu: – I ozdobionej.
– W jaki sposób?
– Ma wytłoczenia… Taki sam wzór jest na rękojeści.
– Właśnie. Przeplecione trójkąty.
Dawus zerknął na trzymane w ręku buty.
– I taki sam jest na nich! – zakrzyknął zdziwiony.
– Właśnie. I co z tego wynika?
Nie wiedział.
– To znaczy, że pochodzą z tego samego warsztatu – podpowiedziałem. – Stanowią komplet. To raczej niezwykłe, by jeden rzemieślnik wykonywał przedmioty o tak różnym przeznaczeniu, nie sądzisz?
